czwartek, 28 czerwca 2012

"Anielski ogień" - Courtney Allison Moulton


Szkoła, kino, imprezy, przyjaciele, wypady na zakupy, chłopaki – tak właśnie wygląda życie każdej normalnej nastolatki, prawda? Jasne, że tak. Przecież to całkowicie normalne rzeczy, które towarzyszą każdej licealistce w okresie dojrzewania. Jednak co się dzieje, gdy nagle w naszym życiu pojawia się ktoś, kto wmawia nam, że jesteśmy kimś więcej niż tylko zwykłą nastolatką? Mówimy mu, że jest nienormalny, ma się iść leczyć i zapominamy. Ale czasami nie da się zapomnieć…

Życie Ellie właśnie tak wygląda. Albo wyglądało. Do czasu kiedy zaczęły nawiedzać ją realistyczne koszmary o potworach. Potem spotyka tajemniczego Willa i jest przekonana, że go zna, że gdzieś go już spotkała. Gdy chłopak wyjawia jej prawdę, o tym kim Ellie naprawdę jest, dziewczyna nie chce tego przyjąć do wiadomości i się tego wypiera. Jednak z dnia na dzień coraz bardziej dociera do niej okrutna prawda i Ellie wie, że nie może się wyprzeć tego, kim jest. Wie, że ma zadanie do wykonania i wie, że Will jej pomorze i będzie ją wspierał.

Jak ja dawno nie miałam w swoich rękach książki, która aż tak by mnie wciągnęła! Naprawdę nie mogłam się od niej oderwać. Zaczęłam czytać wczoraj wieczorem i tak czas mijał.. chciałam już odłożyć i iść spać, ale się nie dało. Ciągle sobie tylko powtarzałam „Jeszcze tylko jeden rozdział, tylko jeden…”, a poleciało ich znacznie więcej. W końcu jednak rozsądek wziął górę i zasnęłam, jednak rano pierwszą rzeczą, po którą sięgnęłam była ta książka. Tak więc przeczytanie jej poszło mi naprawdę szybko, jest niesamowicie wciągająca! Czyta się bardzo szybko, co jest sprawką prawdopodobnie bardzo lekkiego i przyjemnego języka.

Nie da się ukryć, że fabuła przypomina nam wiele książek, jakie pojawiły się już na rynku. Ale co z tego?! Mnie to w ogóle nie przeszkadzało, naprawdę lubię paranormal romance, a dopóki nie widzę przerażająco uderzających podobieństw i książka nie jest denna, to nie pogardzę. Autorka wymyśliła po części i tak własną, świeżą historię, wykorzystała w pełni potencjał, jaki miała ta powieść. Jest tutaj naprawdę wszystko, co powinna zawierać dobra książka.

Cieszę się, że mimo iż jest to paranormal, nie mamy tutaj jedynie wątku ckliwej miłości. Tutaj motywem przewodnim jest walka dobra ze złem, autorka nie boi się uśmiercać bohaterów, nawet na samym początku powieści. Nie boi się opisywać walki czy obrażeń odniesionych przez bohaterów, którzy są naprawdę dobrze przedstawieni. Główna bohaterka przypadła mi do gustu, ponieważ uwielbiam bohaterki, które są dzielne, silne, uparte, nie użalają się nad sobą i nie poddają się. Co do Willa, to nie będzie to zapewne zaskoczeniem, że go bez mała pokochałam. Uwielbiam jego tajemniczość.

Opisy są nie za długie, nie za krótkie, wręcz idealnie dobrane do całości powieści, a dodatkowo sprawiają, że naprawdę wszystko widzimy własnymi oczami. Książka przenosi nas do swojego świata, odczuwamy każde napięcie, każdy strach, każdą emocję, których jest tutaj naprawdę sporo. W wielu momentach się wzruszyłam, łzy same popłynęły po mojej twarzy. Cieszę się także, że książka nie jest do końca przewidywalna i czasami autorka potrafiła mnie zaskoczyć. Bo co to by była za przyjemność, gdybym wszystko wiedziała? Żadna. Były momenty kiedy knułam różne teorie spiskowe, no ale nie okazały się one poprawne.. no przynajmniej w tej części, zobaczymy co będzie dalej.

Książkę polecam z całego serca, ponieważ naprawdę jest niesamowita i wciągająca! Nie da się oderwać, a przynajmniej nie jest to takie łatwe jakby się wydawało. Z czystym sumieniem mogę dać 9+/10.

niedziela, 24 czerwca 2012

"Odnaleźć swą drogę" - Aleksandra Ruda


Znacie to uczucie, gdy ludzie czegoś od Was oczekują? Chociażby rodzice. Chcą żebyśmy wyrośli na mądre dzieci, które spełnią ich oczekiwania i marzenia. Teoretycznie chcą dla nas jak najlepiej, jednakże czasami zapominają, że my sami chcielibyśmy zdecydować, jak będzie wyglądać nasze życie. Nie ma w tym nic dziwnego, każdy sam wie, co jest dla niego najlepsze. I nie ma nic dziwnego także w tym, że chcemy być samodzielni i niezależni.

Olgierda Lacha jest najstarszą córką w rodzinie. Jej rodzice żądają od niej, że wkrótce wyjdzie za mąż i założy rodzinę. Widzą ją jako idealną panią domu… problem w tym, że Ola siebie w tym nie widzi. Ukończyła Liceum Magii i chce dalej podążać w tym kierunku, jednakże jej rodzice nie są temu przychylni. Z trudem wypuszczają swoje dziecko z rodzinnego domu na magiczny uniwersytet. A tam czeka Olę wiele niespodzianek, nowych przyjaźni i przygód, a może i nawet miłość…

Sięgnęłam po tą książkę chyba dlatego, że ostatnimi czasy bardzo lubię wydawnictwo Fabryka Słów. Nie zdarzyło mi się jeszcze trafić na złą książkę, która by była przez nich wydana. Poza tym znowu magia! A ja to kocham. Kocham, kocham, kocham i zawsze będę.

„Odnaleźć swą drogę” to książka o dojrzewaniu, poszukiwaniu siebie, samodzielności i problemach, które napotykamy na drodze do dorosłości i niezależności. Mamy tu także wątek pięknej przyjaźni. Wszystko to stanowi książkę niemal idealną. Jest to powieść pełna humoru, nie raz ironicznego, ale śmiać się można bez mała podczas czytania całej tej historii. Z tego wszystkiego przytoczę tutaj parę cytatów, które rozśmieszyły mnie do łez:

„Proszę wybaczyć, ale Irga jako obiekt moich erotycznych zapędów zupełnie mnie nie interesuje! Chcę go zabić!”

„Jeśli mnie by się trafił taki facet… - rozmarzyła się moja przyjaciółka. –Nigdy bym go nie wypuściła, za nic!
-Jaki „taki”? – wściekłam się. –Chce się ze mną żenić! Też mi wielkie szczęście.”

„-Jesteś najstarsza. Powinnaś mi pomagać przy wychowywaniu rodzeństwa.(…)
-Pomagam. – mruknęłam. –Wyjeżdżając, pozbawiłam ich złego przykładu.”

 Mimo tego, można znaleźć te początkowe, głębsze wątki, trzeba się tylko dobrze skupić i przyjrzeć temu. Całość należy poddać analizie i na pewno znajdzie się morał płynący z tej historii.

Pomysł ten jest mi już nieco znany, jednak nigdy on mi się nie znudzi. Uwielbiam czytać książki o młodych wiedźmach i czarownicach, które zaczynają naukę w szkole magii. Styl pisania jest bardzo prosty w odbiorze, nie ma skomplikowanych czy przydługich zdań. Opisy są wystarczające, aby móc sobie wszystko pięknie wyobrazić. Bohaterowie bardzo dobrze scharakteryzowani i ciężko ich nie lubić. Główna bohaterka zmienia się w przeciągu całej tej historii z rozkapryszonego, zagubionego dziecka w kobietę, która wie, czego chce. Fakt, ma jeszcze swoje „odloty”, ale w tym jej urok. Czasami jej zachowanie wydawało mi się jednak daremne i głupie, ale przy tym wszystkim zabawne. Otto był po prostu znakomity! Nie wiem co tu dużo mówić, świetny kumpel, jakiego każdemu życzę. A Irga… jeny, mamy kolejnego bohatera, który zdobył moje serce! Dajcie mi go!

Cała książka jest podzielona na 4 lata nauki Oli w szkole. Każdy rozdział ma swój tytuł, co jest według mnie ogromnym plusem. Może nie ma to jakiegoś szczególnego znaczenia, ale od razu książka lepiej wygląda, widać, że jest lepiej dopracowana i włożono w nią serce. Poza tym mamy tu 460 stron, czyli jest co czytać! Przynajmniej nie kończymy tak szybko chwil spędzonych z tą książką.

Podsumowując: jestem książką naprawdę mile zaskoczona, a wręcz zachwycona! Przyjemnie się czytało, morał wyciągnęłam i się pośmiałam. Czyli idealne połączenie wszystkiego, co powinna zawierać dobra książka.


piątek, 22 czerwca 2012

"Czerwień rubinu" - Kerstin Gier


Któż z nas nie chciałby się przenieść do dawnych czasów? Chyba nie ma takiej osoby. Każdy ma zapewne swoją ulubioną epokę w dziejach ludzkości, w której chciałby żyć. Ja osobiście przeniosłabym się do Starożytnego Egiptu. Ale sam fakt jak wielkie możliwości dawałyby podróże w czasie jest imponujący! Poznalibyśmy lepiej historię(i to na własne oczy!), poznalibyśmy znacznie lepiej dawniejsze zwyczaje i społeczeństwa… a wiadomo, że wszystko lepiej wchodzi do głowy, gdy tego doświadczamy.
„Czerwień rubinu” to pierwsza część Trylogii Czasu autorstwa Kerstin Gier. Trzeba przyznać, że już na pierwszy rzut oka książka zwraca na siebie uwagę przepiękną okładką. Myślę także, że nawet sama nazwa jest inspirująca i zachęcająca, bo kto z nas czytając ten tytuł nie ma przed oczami cudownego, lśniącego, ogromnego rubinu? Tak więc okładka jest zdecydowanie dużym plusem, który na pewno zachęcił nie jedną osobę do przeczytania tej historii.

A no właśnie.. odnośnie historii. Książka opowiada o prawie 17-letniej dziewczynie – Gwendolyn. Pochodzi ona z rodziny, która posiada gen podróży w czasie. Jednakże wszyscy są przekonani, że to nie ona go odziedziczyła, lecz jej kuzynka Charlotta. Wszyscy są o tym tak bardzo przekonani, że nawet sama Gwen nie jest w stanie uwierzyć, kiedy pewnego dnia ląduje nagle w innych czasach. Problem polega na tym, że Charlotta od małego była przygotowywana do cofania się w czasie, a nie Gwen nie. Jednak z pomocą Strażników i przystojnego podróżnika – Gideona – Gwen zaczyna powoli poznawać nowy dla siebie świat.

Prawda jest taka, że po tylu bardzo pozytywnych i zachwalających recenzjach nie mogłam nie przeczytać tej książki. Chyba bym sobie nie darowała. Tak więc sięgnęłam po nią nastawiając się na coś naprawdę niezwykłego. I niestety troszeczkę się rozczarowałam. A dlaczego? A dlatego, że czegoś mi w tej książce brakowało. Pomysł autorka miała naprawdę świetny, przypadł mi do gustu. Jednakże myślę, że trochę za słabo opisane były sytuacje, podczas których nastolatkowie przenosili się do innego epoki. Nie chodzi mi tylko o to, że sama epoka była według mnie słabo opisana, ale nawet sam stan przeniesienia się tam. Liczyłam na to, że chociaż raz będą opisane głębsze emocje i odczucia, które temu towarzyszą, a tego nie było. Mojej sympatii nie zdobyła także główna bohaterka, po prostu nie przepadam za zagubionymi dziewczynkami.

Jednak teraz czas na plusy i miłe zaskoczenia. Jednym z nich było wplecenie do historii Hrabiego Saint Germain. Jest to bardzo interesująca postać historyczna, którą znałam już od jakiegoś czasu i zawsze mnie intrygowała. Dlatego właśnie, gdy zobaczyłam jego nazwisko na jednej stronie bardzo się ucieszyłam. Został idealnie przedstawiony, jako inteligentny, a zarazem tajemniczy człowiek. Plusem jest także to, że autorka dość dobrze opisała hierarchię Strażników i Podróżników.  Proroctwa, drzewa genealogiczne, nazwy kamieni szlachetnych  - to wszystko sprawiło, że książka zyskała w moich oczach. No i muszę się przyznać, że wpłynął na to także Gideon. Nie moja wina, że mam słabość do długowłosych, aroganckich przystojniaków, prawda?

Oczywiście nie chcę, żebyście pomyśleli, że uważam tą książkę za złą. Po prostu nie zachwyciła mnie ona aż tak jakbym się spodziewała. Ma swoje plusy i minusy, które teoretycznie się zrównoważyły i sprawiły, że całość oceniam jako pozycję dobrą. Po kolejne części sięgnę na pewno, mam nadzieję, że tam akcja rozkręci się jeszcze bardziej i będzie więcej emocji!



________________________________________________________________________________

Wakaaacje. To jest piękne po prostu. Zaliczyłam egzamin z chemii organicznej, mimo że jak dostałam go do ręki na sali to byłam przerażona. Chciałam po prostu zdać i na szczęście się udało, a zdały tylko 3 osoby... Ogólnie dziwny motyw, że 3 miesiące bez nauki.. i tak nie wyrobię i będę na pewno coś mądrego czytać  i robić z tego notatki, albo sobie powtórzę pierwszy semestr. 
Jednakże cudowne jest to, że w końcu mam czas na czytanie, bo mam niesamowite zaległości... 

Aaa.. i serdecznie zapraszam tutaj: Klik

piątek, 15 czerwca 2012

"Lilith" - Olga Rudnicka


Procesy sądzenia czarownic to dość fascynujące zjawisko. Pewnie nie raz słyszeliście jak to krępowali kiedyś niewinne kobiety i przywiązywali do kamienia, a następnie wrzucali do wody. Jeżeli kobieta wypłynęła, była posądzana o bycie czarownicą i konszachty z Diabłem. Jeśli nie to… to trudno. Prawda taka, że wiele niewinnych kobiet zginęło bez żadnej przyczyny. Jednakże motyw w pewnym sensie ciekawy i przyciągający uwagę, toteż dlaczego nie wpleść tego wątku w powieść kryminalną?

„Lilith” to pierwsza książka Olgi Rudnickiej jaką miałam okazję przeczytać. Wstępnie mówiąc książka bardzo mi się spodobała, podobnie jak i styl pisania autorki. Nawet moja mama ją przeczytała razem ze mną, twierdząc, że styl pani Rudnickiej przypomina jej styl Joanny Chmielewskiej. Może dlatego, że autorka „Lilith” bardzo lubi powieści tej pani. Jeśli chodzi o moją przygodę z dziełami tej autorki – na pewno nie poprzestanę tylko na tym.

Akcja powieści toczy się w wymyślonym mieście jakim jest Lipniów. Do miasta przyjeżdża Piotr Sanecki wraz z ciężarną żoną Lidką. Piotr odziedziczył w spadku piękny dom, więc bez zastanowienia postanowił się tam przenieść, jednak Lidka nie czuje się tam zbyt dobrze. Nawiedzają ją koszmary i czuje się nieswojo. Postanawia poznać historię miasta i jakież jest jej zdziwienie, że Lipniów okazuje się miastem, w którym odbył się ostatni proces czarownic. Legendy i podania są głównym źródłem utrzymania Lipniowa. Lidka poznaje wkrótce Edytę – właścicielkę księgarni okultystycznej. A w mieście dochodzi do coraz dziwniejszych zdarzeń – giną nastoletnie dziewczyny, policja bagatelizuje sprawę, mąż Lidki zaczyna się dziwnie zachowywać. Toteż Lidka, Edyta i ich przyjaciel – policjant Michał Nawrocki – postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Ale wielu osobom to nie pasuje.

W sumie nie czytam jakoś bardzo często kryminałów, ale po ten sięgnęłam z powodu wątku okultystycznego. Bardzo ciekawe połączenie, które nadało całej książce pewnej specyfiki i inności. Nie był to zwykły, prosty kryminał, miał w sobie coś więcej. Dodatkowo wątek okultystyczny jest naprawdę bardzo dobrze dopracowany, widać, że autorka włożyła w to serce i poszukała wielu informacji. Dzięki nim możemy lepiej poznać legendy, znaki, symbole. Co do wątku kryminalnego – nie powiem, że jest on przewidywalny, bo to raczej nie to… bardziej chodzi o to, że jak ktoś ma dobrą drogę dedukcji to sam rozwikła tajemnicę.

Książkę czyta się bardzo szybko z dwóch powodów – przyjemny język i w miarę krótkie rozdziały podzielone jeszcze na podrozdziały. Czas leci niezmiernie szybko podczas czytania, podobnie jak strony. Książka bardzo wciąga i zamyka w swoim świecie. Opisy nie są ani za długie, ani za krótkie. Akcja toczy się w miarę szybko i nie przynudza. Bohaterowie są całkiem dobrze wykreowani, nawet Ci drugoplanowi. Łatwo można sobie stworzyć w głowie obraz całego miasta jak i poszczególnych osób.
Jedyne co mnie nieco rozczarowało to zakończenie. Było zbyt ściśnięte, jeżeli wiecie co mam na myśli. Chodzi mi o to, że po prostu zbyt szybko się zakończyło, autorka przeznaczyła na nie za mało stron i po prostu jakoś tak na siłę pewne wątki w nim wyjaśniała. Liczyłam na trochę dłuższe i głębsze zakończenie tej historii, no ale trudno.

Całość jednakże oceniam bardzo pozytywnie, był to bardzo miło spędzony czas. Na pewno przeczytam jeszcze jakieś powieści tej autorki, ponieważ przypadła mi ona do gustu. Myślę, że następny w kolejności będzie „Cichy wielbiciel”.



____________________________________________________________________________
Ależ mam ostatnio dużo rzeczy na głowie.. najgorsze egzaminy przede mną, o tyle dobrze, że reszta pięknie zdana. Dodatkowo mój kociak miał operację wczoraj, a ja to okropnie przeżywałam... dawno takich nerwów nie miałam, ale jak się wybudzała powoli z narkozy to się na mnie wczołgała i tak siedziała dopóki się nie obudziła całkowicie... to było takie słodkie. Dzisiaj jest już z nią lepiej, czasami tylko próbuje wyszarpywać szwy z brzuszka, a nie mogę jej nic założyć ani zabandażować bo i tak to ściąga...
Ale za tydzień o tej porze będę już leżeć  do góry brzuchem i nie będę się niczym przejmować,o! :D 

piątek, 8 czerwca 2012

"Klątwa Tygrysa" - Houck Colleen



Ponoć każdy z nas ma jakieś zadanie do wykonania na tym świecie. Jedni mają pomagać ludziom, inni opiekować się chorym krewnym, a jeszcze inni mają zupełnie coś innego do wykonania. Większość z tych zadań jest zwyczajna i czasami jest to nasza codzienność, a my nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile nasze działania mogą zmienić.

Kelsey właśnie zaczęły się wakacje. Dziewczyna ma skończyć 18 lat, więc poszukuje wakacyjnej pracy. Dostaje posadę w cyrku i całkiem nieźle jej się tam wiedzie. Zwłaszcza z jednego powodu – Kesley opiekuje się cyrkowym białym tygrysem o pięknych, urzekających oczach. Mimo że jest to niebezpieczny drapieżnik, Kelsey w ogóle się go nie boi. Wręcz przeciwnie, czuje do niego dziwny pociąg. A co ciekawe, okazuje się, że tygrys wcale nie ma zamiaru jej skrzywdzić – raczej pragnie ją chronić za wszelką cenę. Wkrótce okazuje się, że zwyczajna wakacyjna praca sprawiła, że Kelsey została wciągnięta w pradawną klątwę, którą tylko ona może zdjąć. A dodatkowo jej serce popadnie w niesamowite rozterki.

Do tej książki przyciągnęła mnie głównie jedna rzecz, a mianowicie słowo „tygrys”. Uwielbiam wszelkiego rodzaju koty, więc stwierdziłam, że przeczytam, bo czemu nie. Poza tym słowo „klątwa” też mi się zawsze podobało, więc w sumie połączenie całkiem niezłe. Niestety moje oczekiwania nie zostały do końca spełnione, jednakże nie jestem całkowicie zawiedziona. Książka ma po prostu swoje plusy i minusy.

Tak więc zacznę może od plusów. Na pewno jednym z nich jest sam pomysł – było to coś nowego, oryginalnego i niepowtarzalnego. Bardzo dobre i dokładne opisy, które pozwalają przenieść się w świat powieści, który jest naprawdę przepiękny. Widzenie tego wszystkiego, nawet oczami wyobraźni, było czymś cudownym. Autorka bardzo logicznie potrafiła wszystko złożyć w jedną całość. Wszystko było z czymś powiązane, wszystko brało się z czegoś, a nie ot tak, samo z siebie. Kolejnym plusem jest Ren. Po prostu przecudowny facet, który spokojnie mógłby zdobyć moje serce. Czuły, opiekuńczy i kochający, a z drugiej strony stanowczy, trochę arogancki i niebezpieczny. Idealna mieszanka. Podobało mi się także sam motyw klątwy – bardzo dobrze dopracowany. No i język był łatwy w odbiorze, jednak nie był prymitywny.

Co do minusów – miałam wrażenie, że w tej książce wszystko jest za proste, dzieje się za łatwo, nie było żadnych spisków, uwikłań – ot taka przygodowa historia. Po prostu wszystko było chyba zbyt idealne, autorka pewnie chciała dobrze, ale moim zdaniem przedobrzyła. No i niestety minusem jest według mnie główna bohaterka. Ta dziewczyna jest za idealna, za perfekcyjna, za dobrze wychowana. Grzeczna, niewinna dziewczynka, a zdarzało się, że zachowywała się jak niedojrzała dziewucha. Po prostu czasami jej zachowanie było głupie. 

Faktem jest, że bohaterowie byli dobrze przedstawieni. Czasami nawet pojawiały się pewne emocje, a i zdarzało się, że łza zakręciła się w oku. Poza tym bardzo mi się podoba okładka. Ogólnie rzecz biorąc książka nie jest zła, ale ma po prostu pewne wady. Brakowało mi chyba większego napięcia, ale zakończenie sprawiło, że mam ochotę sięgnąć po drugą część.

Polecam na pewno osobom, które lubią książki przygodowe, powinno się im spodobać. W sumie myślę, że inne osoby też mogą po nią sięgnąć i się sami przekonać, jaka ta powieść jest. Może ktoś ma inne gusta niż ja i np. polubi główną bohaterkę, a będą go nużyć opisy? Kto wie. Jakbym ją miała ocenić w skali 1-10 to dałabym 6.


________________________________________________________________________________

A teraz muszę się podzielić moją wizytą w bibliotece :D Nie mam pojęcia kiedy ja to wszystko zdążę przeczytać, bo sesja jeszcze trwa... ale jak się skończy to leci jedna książka dziennie! :D Aaa i komentarz narzeczonego mamy na ten widok: "Zboczona.." xD




piątek, 1 czerwca 2012

"Nowa Ziemia" - Julianna Baggott


Macie swoją wizję końca świata? Czy naprawdę czekają nas tego dnia straszliwe kataklizmy, część z nas zginie, część przeżyje? Czy ludzkość się podzieli na dwa odrębne społeczeństwa? Jeśli tak, to do którego wolelibyście należeć? Do tego, które pozostanie czyste, nietknięte – jednym słowem lepsze (przynajmniej teoretycznie), czy do tego drugiego, które ucierpi, być może zmutuje jeszcze bardziej i będzie miało gorsze warunki? Teoretycznie wybór prosty, ale czy na pewno?

„Nowa Ziemia” to pierwsza część trylogii „Świat po wybuchu” Julianny Baggott. Kolejna książka o tematyce antyutopijnej jaka pojawiła się na naszym rynku. Wiele wcześniejszych okazało się niewypałem, toteż naprawdę trochę sceptycznie do tej książki podchodziłam i trochę się bałam, że znowu się zawiodę i będę po prostu narzekać niemiłosiernie. Jakaż to była miła niespodzianka, że okazało się być zupełnie inaczej!

Pewnego dnia nastąpił Wybuch. I to nie byle jaki wybuch, tylko taki, który zniszczył wszystko. Ci, którzy zdołali ukryć się w Kopule przetrwali jako Czyści. Ci, którzy nie mieli tyle szczęścia zmutowali. Niektórzy dość poważnie – różne rzeczy, albo nawet osoby, wtopiły się w ich ciała. Dodatkowo żyją w tym zniszczonym świecie, w którym nie ma prawie nic. Ruiny, gruzy, strach, niepokój, zawiść. Za to Czyści żyją w Kopule – bez mała idealnym świecie. Pressia należy do zmutowanych, Partridge do Czystych. Oboje uciekają. Kiedy w przypadku Pressi jest to jeszcze zrozumiałe, tak w przypadku chłopaka dziwne, prawda? Kto chciałby uciekać z tego dobrego świata na zewnątrz? Wiecie w czym tkwi problem? Ten świat wcale nie jest taki dobry, jak się wydaje.

Książka jest naprawdę chyba najlepszą książką o tej tematyce, jaką do tej pory czytałam, nie licząc „Under the Never Sky” i oczywiście „Igrzyskami śmierci”. Język i styl są bardzo dojrzałe i dopracowane, a jednocześnie bardzo proste w odbiorze. Powieść niesamowicie mnie wciągnęła, powiedziałabym nawet, że się w niej nieco zatraciłam. Narracja teoretycznie trzecioosobowa, jednakże rozdziały podzielone są na punkty widzenia poszczególnych bohaterów. Był to cudowny zabieg, który pozwolił nam poznać historię, myśli, poglądy, opinie i obawy każdego z bohaterów. Dziwicie się, że aż tyle mogliśmy wywnioskować? Nie dziwcie się, to wszystko jest tutaj zawarte i dobrze widoczne.

Skoro już jestem przy bohaterach to się na nich skupię. Pressia jest w sumie zwyczajną nastolatką, ale skrzywdzoną przez los. Dobrze jednak, że się nie poddaje i chce walczyć. Widać, że ma wiele wątpliwości w sobie, ale także tęsknoty. Partridge jest niesamowicie zawzięty i pewny swoich przekonań. Trzyma się ich do samego końca. Bradwell mnie bardzo zainteresował i zafascynował swoją osobowością, chyba najlepsza postać tej książki. Co do reszty bohaterów – każdego można w miarę dobrze poznać, łatwo sobie utworzyć ich obraz w głowie, a może nawet się z kimś utożsamić.

Pomysł już nam znany od jakiegoś czasu, jednak naprawdę świetnie wykonany. Autorka dopracowała chyba każdy szczegół, wszystko znakomicie opisała, stworzyła powieść, która potrafi nas urzec, wywołać u nas łzy, ciarki na plecach, wzruszenie czy współczucie. To było naprawdę coś, gdy czytałam książkę i nagle czułam, jak po moich plecach rozchodzą się ciarki. Coś pięknego! Właśnie to kocham w czytaniu – gdy książka na mnie wpływa. Tak więc dawka emocji gwarantowana!

A teraz taka moja mała refleksja – jeżeli kiedyś nasz świat ma tak wyglądać, to jest to naprawdę przerażające. Pani Baggott opisała to wszystko w tak realny sposób, że niemal uwierzyłam, że czeka nas coś takiego – z resztą, kto wie…

Podsumowując: książkę z czystym sumieniem gorąco polecam każdemu, kto ma ochotę przeczytać naprawdę dobrą powieść! Myślę, że nie możecie przegapić tej pozycji.


___________________________________________________________________________

Jestem mistrz. Mam zwolnienie z egzaminu. Me gusta. Czyli jeszcze 3, najgorsze bo najgorsze, ale tylko 3. A dzisiaj był ostatni dzień zajęć.. jak ten rok mi niesamowicie zleciał... A w ogóle to byłam w kinie na "Mrocznych Cieniach", ogólnie film mi się podobał, w końcu to Tim Burton i Johnny Depp, który w każdej roli jest obłędny. Jednak jak dla mnie to trochę za mało Burtona w Burtonie.