niedziela, 29 kwietnia 2012

"Anna we Krwi" - Kendare Blake

Macie może kota? Tak? No dobra. A zdarzyła się może kiedyś taka sytuacja, że kot zachowywał się dziwnie? Biegał za czymś jak opętany, patrzał w jedno miejsce, budził się nagle i zrywał z kanapy albo polował na coś, czego nie widać? Zapewne tak. I teraz pomyślmy logicznie.. czy to dlatego, że koty już tak mają, czy to może dlatego, że koty wyczuwają obecność duchów?

Cas Lowood zabija umarłych. Nie zombie, lecz duchy. To taki rodzinny biznes, jego przodkowie też to robili. Cas chce pomścić śmierć swojego ojca, który zginął z rąk pewnej potężnej zjawy. Podróżuje wraz ze swoją matką, która jest czarownicą, i zabija każdego ducha, którego spotka na swoje drodze. Do czasu. Bo gdy trafia do miasta Thunder Bay, którego największą legendą jest Anna Korlov, lepiej znana jako Anna we Krwi, Cas nie zabija jej. Co więcej ona nie zabija jego, mimo że w piwnicy w jej domu jest dość pokaźna kolekcja trupów…

Do sięgnięcia po „Annę we Krwi” z całą pewnością zachęciła mnie okładka oraz sam tytuł. Nie da się przejść obok tych dwóch rzeczy obojętnie. Okładka jest piękna, mroczna i tajemnicza. Tytuł przyprawia o ciarki na plecach i intryguje. Potem natrafiłam na trailer książki i już wiedziałam, że nic nie powstrzyma mnie przed przeczytaniem jej!

W sumie w wielu pozycjach mieliśmy już do czynienia ze zjawami i łowcami. Tutaj jest dokładnie ta sama zasada i ten sam motyw. Akcja toczy się dość szybkim tempem, jednakże czytelnik ma czas na własne przemyślenia oraz refleksje no i na pewno nie zagubi się w tym, co się aktualnie dzieje. Nie ma tutaj szybkich przeskoków z miejsca na miejsce, ani ciągłych zmian tematu. Język jest bardzo prosty i miły w odbiorze, czasem trochę ostrzejszy, występują przekleństwa, które mimo wszystko nie rażą jakoś wybitnie w oczy. Może nawet były tutaj potrzebne, żeby dodać dramaturgii. Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia głównego bohatera, czyli Cas’a Lowooda, dodatkowo w czasie teraźniejszym. Trochę dziwnie mi się czyta ten rodzaj narracji, ale nie narzekam. Książka jest napisana w taki sposób, że czyta się ją bardzo szybko.  Zakończenia niektórych rozdziałów sprawiały, że przeszywały mnie ciarki i zdecydowanie wzrastało napięcie.

Opisy są wystarczające, jednak myślę, że mogłyby być nieco bardziej dokładne. Oczywiście w miarę dało się sobie wyobrazić świat powieści, a także poszczególnych bohaterów, ale zdecydowanie można było to dopracować jeszcze bardziej. Uważam także, że wątek romantyczny powinien być tutaj lepiej zrealizowany, a także różne sytuacje przyczynowo-skutkowe. Emocje pewne były, jednak zdecydowanie za mało. Mimo to, książka ma spory potencjał, który został w dużej mierze wykorzystany. Znajdziemy tutaj pewne niedociągnięcia, czasami wszystko jest zbyt proste i oczywiste, czasami niektóre rzeczy mogą nam się wydawać płytkie i denne. Jednak całość jest całkiem przyjemna. Dużym plusem jest według mnie także to, że autorka nie boi się uśmiercać bohaterów. Zazwyczaj unika się czegoś takiego w książkach, a tutaj jest to trochę na porządku dziennym. I to jest całkiem nieźle opisane, ja do tej pory mam kilka trupów przed oczami.

Bohaterowie są przedstawieni dość wyraźnie, by zauważyć pewne ich cechy oraz poglądy czy też nawyki. Wszyscy są teoretycznie zwykłymi nastolatkami, jednak każdy ma w sobie coś innego. Cas jest bardzo miłym chłopakiem, który ma jasno określony w życiu cel. Z pewnością można go polubić. Spodobało mi się przedstawienie Anny, było widać, że jako zjawa jest nieco zagubiona i zawieszona między dwoma światami, a także rozdarta wewnętrznie. I muszę pochwalić tutaj złamanie stereotypu najpopularniejsze dziewczyny w szkole. Carmel wcale nie była pustą lalą, której w głowie tylko wywyższanie się i uprzykrzanie innym życia.

„Anna we Krwi” jest lekką, przyjemną książeczką do przeczytania na jeden wieczór. Można się oderwać od rzeczywistości i na chwilę zostać łowcą duchów. Nie jest to pozycja wybitna, ale zła także nie. Zaliczyłabym ją do książek dobrych, po prostu dobrych. Ma swoje plusy i minusy, ale przeczytać można. Nie zajmuje to dużo czasu, jednak nie uważam tych kilku godzin za czas stracony.



_________________________________________________________________________________
Ahhh.. 9 dni wolnego. Chociaż nie wiem czy słowo "wolne" to dobre określenie. Kilka sprawozdań z chemii fizycznej i fizyki, przepisanie wykładów, nauka na egzaminy i kolokwia, ogarnięcie notatek... piękna majówka.
A na dodatek jutro będę stara. Ostatnie naście lat... depresja jak nic xD.
A ogólnie to jest to naprawdę piękne uczucie, wiedzieć, że jest ktoś, kto mimo tego, że mieszka na drugim końcu Polski myśli o mnie i pamięta. Nawet głupia pocztówka potrafi sprawić człowiekowi tyle radości.
I bardzo mi się podobał wczorajszy dzień. Zdecydowanie brakowało mi takiego siedzenia na trawie na odludziu, chodzenia po torach i kamieniach, jedzenia chrupek, lodów i picia taniego wina. Tak, czasem trzeba.
A tymczasem czas na chemię organiczną...A gratis wrzucę jeszcze piosenkę, która im ciągle chodzi po głowie:

czwartek, 26 kwietnia 2012

"Córka łowcy demonów" - Jana Oliver


Co robicie, gdy cały świat wali Wam się na głowę? Zazwyczaj ciężko się od razu pozbierać, czasami trzeba kilku dni, tygodni, miesięcy, lat… Jednak czasami nie mamy tyle czasu. Zdarza się, że w ogóle nie mamy czasu się rozkleić. Musimy zdusić ból w sobie i iść dalej, nie zatrzymywać się, nie pozwalać sobie na chwilę słabości. Jest ciężko, ale trzeba dać radę.

Mamy rok 2018. 17-letnia Riley Blackthorne jest córką legendarnego, najsłynniejszego łowcy demonów. Oczywiście dziewczyna pragnie pójść w ślady ojca, pragnie udowodnić wszystkim, że może mu dorównać, a może nawet być lepsza niż jej tata. Jednak dziewczyna ma łowić demony? Nie wszyscy w Gildii patrzą na to przychylnie. Tym bardziej, że Riley wcale nie umie jeszcze za wiele. Możliwe, że będzie z niej więcej kłopotów niż pożytku. Dodatkowo jej świat zaczyna się walić, wszystko idzie nie tak jak powinno i dochodzi do tragedii. Jak Riley poradzi sobie z tym wszystkim?

Gdy zobaczyłam zapowiedź tej książki to pomyślałam sobie „O tak, to będzie coś”. Przyciągający uwagę tytuł oraz ciekawa oprawa graficzna. Wszystko wyglądało wręcz pięknie. Szkoda tylko, że nie okazało się takie do końca… Spodziewałam się po tej książce czegoś znacznie lepszego, czegoś, co mnie chwyci za serce, niestety, nie otrzymałam tego.

Pomysł na całą historię oraz fabułę jest rzeczywiście interesujący i przyjemny. Koncepcja Gildii, łowców, podział demonów – widać, że autorka miała faktycznie zaczątek czegoś dobrego w głowie, ale wielu rzeczy tutaj zabrakło. Wszystko dzieję się bardzo szybko, nie można nawet chwilę pomyśleć nad całą sytuacją, nie można nic przeanalizować. Akcja strasznie skacze z jednego miejsca do drugiego, z jednej sytuacji w drugą. Czasem ciężko się połapać, o co tak naprawdę chodzi. Opisy są niewystarczające, żeby wyobrazić sobie świat powieści, a nawet demony, z którymi mamy tam do czynienia. Niektóre dialogi są strasznie płytkie i wręcz denne. Nawet język czasami był po prostu tak kolokwialny, że po prostu raziło to w oczy.

Bohaterowie według mnie są nieco słabo wykreowani, a szkoda, bo niektórzy mogli być całkiem ciekawymi postaciami. Skupię się na samej Riley. Dziewczyna niesamowicie mnie irytowała. To ma być 17-letnia prawie dojrzała kobieta, a na dodatek łowczyni demonów? To rozhisteryzowana, użalająca się nad sobą, zagubiona 10-latka. Naprawdę nie wiem jak można się zachowywać tak jak ona. Przydałby się jej porządny wstrząs, to może by jej to pomogło. Tak, główna bohaterka niestety nie przypadła mi do gustu i uważam ją za minus tej książki. Reszta bohaterów taka sobie, nikt szczególnie nie zapada w pamięć.
  
Brakowało mi także emocji, zarówno u bohaterów jak i u mnie samej. Naprawdę rzadko mi się zdarza, żeby książka nie wzbudzała we mnie żadnych uczuć. A tutaj tak było. Kompletnie nic nie czułam, a na sam koniec już po prostu przelatywałam tekst oczami, byle żeby dobrnąć do końca. Wypowiedzi były po prostu puste, pozbawione jakichkolwiek wzruszeń, ekscytacji czy czegokolwiek innego. Było po prostu pusto.

Nie mówię, że książka jest wybitnie tragiczna, zaliczyłabym ją raczej do przeciętnych. Można po nią sięgnąć jak się nie ma nic innego pod ręką, a także wtedy, kiedy po prostu nie chcemy się wybitnie skupiać na tym, co się dzieje. Potencjał był i to spory, wszelkie błędy wynikają po prostu z niedopracowania. Każdemu może się zdarzyć, a kto wie, może w drugiej części będzie już lepiej.



________________________________________________________________________________
A co do czytnika.. w końcu padło na to, że dostanę tablet. Ponoć lepiej, bo ma więcej możliwości. A w ogóle bardzo miła niespodzianka mnie wczoraj spotkała - otrzymałam książkę "Piosenki dla Pauli" od wydawnictwa. A dzisiaj się dowiedziałam, że wygrałam książkę "Nigdy i na zawsze" :) Cieszę się bardzo.
I udało mi się zrobić więcej miejsca w pokoju na książki... me gusta. I w końcu muszę się zebrać do zrobienia większych zakupów książkowych.

wtorek, 24 kwietnia 2012

"Córka burzy" - Richelle Mead


Fizycy ponoć już udowodnili istnienie światów równoległych. Jednak nadal wiele ludzi wątpi w ich istnienie. Są też tacy, który w to głęboko wierzą, a także tacy, którzy twierdzą, że tam bywają. Przynajmniej duchowo.

Eugenie Markham jest szamanką – wypędza z realnego świata duchy i inne zmory. Praca nie do końca bezpieczna i przyjemna, ale ktoś musi to robić, prawda? Któregoś dnia dostaje zlecenie uratowania nastolatki, która została uprowadzona do drugiego świata. Świata równoległego, gdzie żyją różne dziwne istoty. Zdobycie sojuszników przychodzi jej dość łatwo, ale czy na pewno może im ufać? Czy może chcą oni ją tylko wykorzystać do własnych celów? Poza tym ta przygoda może zmienić wszystko to, w co Eugenie do tej pory wierzyła, a także to, co do tej pory o sobie wiedziała. Bo Eugenie tak naprawdę nie wie do końca kim jest i jakie jest jej przeznaczenie oraz rola…

Panią Richelle Mead poznałam, gdy sięgnęłam po serię o Georginie Kincaid. Musze przyznać, że ta seria bardzo przypadła mi do gustu, zarówno pomysł jak i styl pani Mead. Toteż wiedziałam, że w przypadku kolejnych dzieł tej autorki nie zawiodę się. Wiedziałam, że „Córka burzy” również przypadnie mi do gustu i tak też się stało.

Język jest bardzo przystępny i prosty w odbiorze, można by nawet rzec, że jest taki codzienny, jednak jest w nim także coś bardziej poważnego i wyniosłego. Idealna mieszanka. Poza tym dawka humoru i ironii była znakomita! Czy pomysł był oklepany? Może i tak, bo pojawiło się na rynku już sporo książek o światach równoległych i kobietach, które polują na demony, zjawy i potwory. Jednak to jest właśnie tutaj najlepsze, że mimo tego, że już mieliśmy z czymś takim do czynienia to nie odczuwamy tego. Mamy wrażenie jakbyśmy czytali zupełnie coś nowego, coś czego jeszcze nie było. To jest ogromny talent autorki, że potrafi coś takiego uczynić. Książka niesamowicie wciąga, strony się pochłania, nie liczy się upływu czasu.

Świat powieści, zarówno ten realny jak i Zaświaty, został idealnie przedstawiony. Można się tam przenieść w jednej chwili i naprawdę nie chce się stamtąd wracać. Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia głównej bohaterki umożliwia nam lepsze poznanie jej odczuć, emocji oraz myśli, a także jej charakteru. Eugenie jest silną i odważną kobietą, która wie czego chce, ma jasno określony cel i dąży do niego. Nie poddaje się bez walki, jest wręcz legendą i w niejednym osobniku budzi postrach. Ciężko jej nie polubić. Co do pozostałych bohaterów – dość ciekawym charakterem jest Volusian, potrafił mnie rozbawić. Kiyo był trochę zbyt oddany i słodki, coś mi w nim nie pasowało. Co innego za to Dorian – on był świetny. Uwielbiam go.
  
Mamy tutaj całkiem sporą dawkę emocji, zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. To ma jednak duże znaczenie, czy książka wyzwala w nas jakieś uczucia czy nie. Ta zdecydowanie to robi, więc to jest kolejna zaleta. Szczerze? To chyba ciężko mi znaleźć jakieś wady czy minusy. Książka naprawdę mnie zachwyciła. Dodatkowo mamy tutaj pewną nutkę tajemnicy i nieprzewidywalności. Zdecydowanie sięgnę po kolejne części i to mam nadzieję, że jak najszybciej. Właśnie takich książek powinno być na rynku więcej.

Polecam każdemu, nie tylko fanom paranormal romance, ale naprawdę wszystkim. Książki pani Mead są po prostu znakomite w każdym calu! Świetnie dopracowane, pomysłowe, pełne emocji, seksapilu, tajemnicy i nieprzewidywalności. Książka prawie idealna.

Trailer książki: 

 




Jeny dawno mnie tu nie było, ale tyle rzeczy miałam na głowie... Mnóstwo nauki, sesja coraz bliżej... Dodatkowo wyjazd do Łodzi, który uważam za znakomity i obłędny! Dziękuję Wam ludki :D Uwielbiam Was.
A teraz z jeszcze innej bajki: ponieważ mam dostać na urodziny czytnik e-booków to potrzebuję porady, który wybrać... teoretycznie mam do wyboru ten http://www.vedia.pl/product,60.html albo ten: http://www.gandalf.com.pl/b/czytnik-prestigio-3172b-2g/ . Osobiście jestem bardziej za Vedią, jednak przyznam szczerze, że nie znam się aż tak na tym, więc liczę na to, że ktoś jest tutaj, kto mi pomoże :) A może jeszcze jakiś inny niż te dwa?

czwartek, 12 kwietnia 2012

"Nadejście aniołów mroku" - Kim Harrison

 
Przeznaczenie czy wolna wola? W co bardziej wierzycie? Ponoć każdy człowiek ma do spełnienia jakąś misję na tym świecie. Każdy ma swój los zapisany w gwiazdach – mówiąc wprost – co ma się stać, to i tak się stanie. Jednak każdy z nas ma także wolną wolę, prawda? Przynajmniej teoretycznie. Każdy z nas ma prawo decydować o swoim życiu i podejmować własne decyzje. Więc, jak to w końcu jest? A może nasza wolna wola tak naprawdę jest skorelowana z naszym przeznaczeniem?

Jak dobrze pamiętacie, albo i nie, Madison Avery została strażniczką aniołów mroku. Jest zawieszona między światem umarłych i światem żywych. Dokładnie rzecz ujmując – tak naprawdę Madison jest martwa, jej ciało się zgubiło, a jego iluzję daje jej tylko amulet strażnika. Madison nie je, nie pije, nie śpi, czyli ogólnie rzecz biorąc nie funkcjonuje normalnie. Jednak jak każda 17-latka, Madison chciałaby żyć normalnie – szkoła, dom, rodzina, chłopak, wypady z przyjaciółmi. Jaką decyzję podejmie odnośnie swojego losu? Przekonajcie się sami.

„Nadejście aniołów mroku” to już 3 część przygód Madison Avery. Nie zauważyłam żeby ta seria spotkała się z ogromnym zainteresowaniem, czy też pochlebnymi recenzjami. Ja natomiast tą serię całkiem lubię, mimo że są w niej pewne niedociągnięcia. Ta część spokojnie utrzymuje poziom dwóch pozostałych, język i styl dokładnie takie same – proste, łatwe do zrozumienia wypowiedzi, zrównoważone opisy, zdarzają się kolokwializmy, przez co książka jest dużo bardziej przystępna dla młodzieży. Rozdziały są dość długie, jednak książka ma jakieś 265 stron, więc czyta się naprawdę bardzo szybko. Spokojnie może to być lektura do przeczytania na jeden wieczór.

Bohaterowie pozostają niezmienni, poznajemy także nową osobowość – Tammy, która jest jednak postacią drugoplanową. Główną bohaterkę bardzo lubię, mimo że ma czasami kiepskie wejścia. Jednak ogólnie podziwiam ją za to, że trzyma się swoich wartości i realizuje swoje cele. Pragnie coś zmienić i żadne drobne potknięcia, a nawet porażki, nie są w stanie jej od tego odwieść. Nakita dalej zalicza się do jednych z moich ulubionych postaci żeńskich w literaturze. Barnaba - to taki kochany przyjaciel, niczym starszy brat. Josh - to znowu zwyczajny nastoletni chłopak. Natomiast Tammy, czasem miałam wrażenie, że zachowuje się jakby była pępkiem świata. Nie mogę także zapomnieć o kochanej, przyjaznej Grace, która zawsze mnie rozweselała.

Akcja raczej jest jednowątkowa, nie występują tutaj wątki poboczne, skupiamy się na jednej głębszej sprawie, która po prostu ma kilka aspektów. Tempo w miarę szybkie, książka nie jest nudna, śmiem nawet twierdzić, że może wzbudzić w czytelniku ciekawość. Poza tym czyta się ją tak lekko, że strony same lecą jedna za drugą. Faktem jest to, że wszystko, co dzieje się w tej powieści jest dosyć proste i nieskomplikowane. Jednak powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie, że mogłoby tutaj być inaczej. Ta seria po prostu taka jest i nie uważam tego za jej minus. Takie książki też są potrzebne – nie trzeba przy nich myśleć, można się zrelaksować. Oczywiście nie mam na myśli tego, że świat wykreowany w powieści jest kiepski i słabo przedstawiony. Wręcz przeciwnie – jest całkiem wyraźny i można wiele rzeczy zobaczyć oczyma wyobraźni, i wejść do tego świata, przeżywać wszystko wraz z bohaterami.

Podsumowując – książka zalicza się do tych lekkich, prostych opowiastek, które są dobre na jeden wieczór, podczas którego chcemy się odprężyć i zapomnieć o wszystkim. Nie wiem czy każdemu przypadnie do gustu. Ja mogę polecić nie tylko tą część, ale i całą serię. Poza tym nie są to znowu jakieś wampiry, wilkołaki, istoty zmiennokształtne albo upadłe anioły (nie żebym coś do nich miała i ich nie lubiła). Jeśli chodzi o ocenę to daję 7,5/10.


A tutaj trailer książki :D Dobra nuta, swoją drogą xD
 

wtorek, 10 kwietnia 2012

"Jessica rules the Dark Side" - Beth Fantaskey


 
Pamiętacie niejakiego Lucjusza Vladescu? Tego cudownego księcia wampira z Romanii? Czy wasze serca także podbił? Bo moje jak najbardziej.

„Jessica Rules the Dark Side” to druga część „Przyrzeczonych” Beth Fantaskey. Jessica, czyli Antanasia, zostaje żoną Lucjusza. Mieszkają w cudownym, ogromnym zamku, pełnym tajemnych komnat i przejść. Jednak Jessica nie czuje się tutaj całkowicie swobodnie. Teoretycznie jest księżniczką, następczynią tronu.. jednak prawda jest taka, że nie zna ani panującego w kraju języka, ani wszystkich praw wampirzej społeczności. Toteż, gdy Lucjusz zostaje oskarżony o zabójstwo jednego ze Starszych i  zamknięty w odosobnieniu, Jessica znajduje się w niezbyt miłym położeniu. Musi walczyć o oczyszczenie męża z zarzutów, a także przekonać Starszych, że jest odpowiednią kandydatką na królową. Pomaga jej Mindy – jej ludzka przyjaciółka, a także legendarny Raniero – kuzyn Lucjusza. Jednak każdy ma swoje mroczne sekrety i Jessica nie ma pewności komu może naprawdę zaufać.

Zacznę od tego, że nie do końca rozumiem dlaczego druga część „Przyrzeczonych” nie zostanie wydana w naszym kraju. Czy naprawdę tak mało egzemplarzy zostało sprzedanych? Dziwię się, ponieważ ja osobiście uważam, że książka jest świetna.

Druga cześć przygód Lucjusza i Jessici na pewno utrzymuje poziom pierwszej, jednak jest zupełnie inna. Poznajemy tutaj zupełnie nowy świat i nowe zasady, które w nim panują. Nie ma już tutaj chodzenia do liceum, kłótni z koleżankami, nieudolnych randek. Tutaj mamy do czynienia ze spiskami, intrygami i walką o uczucia. Rozdziały są podzielone na punkt widzenia 4 bohaterów – Jessici, Mindy, Lucjusza i Raniero. Oczywiście z naciskiem na dwa pierwsze. Narracja w każdym rozdziale jest pierwszoosobowa. Był to bardzo dobry pomysł, ponieważ poznajemy lepiej każdego z bohaterów i możemy się zaznajomić z punktem widzenia każdej osoby. Rozdziały nie są przydługie, więc czyta się je bardzo szybko. Ciężko mi mówić o stylu i języku, ponieważ wiadomo – po tłumaczeniu na polski jest zawsze trochę inaczej niż w oryginale. Jednak biorąc pod uwagę angielski, myślę, że jest naprawdę przystępny język i styl.

Co do samych bohaterów – Jessicę i Lucjusza znamy już dosyć dobrze. Lucjusz dalej zdobywa moje serce, mimo że nie ma go w tej części w tak znacznej ilości jak w poprzedniej. Jessicę naprawdę lubię. Widać, że dziewczyna dąży do wyznaczonego celu i nie poddaje się. Jeśli chodzi o Mindy i Raniero – nie trudno się domyślić, że między tą dwójką jest coś więcej. Naprawdę im kibicowałam. Lubię zarówno Mindy jak i Raniero, więc naprawdę nie przeszkadzał mi dodatkowy wątek z nimi w roli głównej. Zwrócę jeszcze uwagę na Dorina i Ylenię – oni od początku wydawali mi się jacyś dziwni, a zwłaszcza Ylenia – nie polubiłam jej.

Akcja toczy się umiarkowanym tempem, raz przyspiesza, a już za chwilę zwalnia i wraca do normalnego rytmu. Są chwile, gdy wzrasta napięcie, są chwile, gdy przepełniają nas emocje. Szkoda tylko, że wątek kryminalistyczno-detektywistyczny był trochę kiepsko zrealizowany, łatwo było się domyślić rozwiązania całej sprawy. Mimo to książkę czytało mi się naprawdę bardzo przyjemnie, miło spędziłam z nią czas. Fakt, że różni się od poprzedniej części nie wpływa na to, że jest gorsza. Może jest nawet lepsza? W każdym bądź razie nie mogłam sobie darować i jej nie przeczytać, mimo że nie wyszła w Polsce. Za bardzo polubiłam tą historię i za bardzo pokochałam Lucjusza.

Serdecznie polecam tym, którzy mają za sobą lekturę „Przyrzeczonych”, oczywiście jeśli się im spodobała. Nie zrażajcie się tym, że trzeba czytać po angielsku – trochę samozaparcia, zaprzyjaźnienie się ze słownikiem i dacie radę! A jeśli ktoś jeszcze nie poznał tej cudownej historii to niech to szybko zmieni!

Wspomnę jeszcze o dodatku jakim są rozdziały poświęcone ślubowi i weselu Jess i Lucjusza. Myślę, że odgrywają one trzy ważne role: przypominają nam, co działo się w pierwszej części, opisują jakże piękne przyjęcie weselne, a także wprowadzają nas powoli w sytuację drugiej części. Muszę przyznać, że z chęcią na własne oczy zobaczyłabym ten ślub i wesele.. nie tylko oczami wyobraźni, tylko tak naprawdę. A na zakończenie powiem tyle: chcę mieć własnego Lucjusza Vladescu!



niedziela, 8 kwietnia 2012

"Gwiazda anioła" - Jennifer Murgia


Motyw aniołów w literaturze jest dość powszechny – nie tylko w dzisiejszych czasach, ale także w dawniejszych. Teraz anioły najczęściej występują w romansach paranormalnych, bo która z nas nie chciałaby mieć chłopaka anioła? Piękny, przystojny, dobry… a może jednak ten drugi typ Wam się podoba? Typ upadłego anioła – nieziemsko kuszący, gorący, lekko arogancki. W każdym bądź razie każdy z nich to nadal anioł.

Teagan od zawsze była nieco wyobcowana ze społeczeństwa. Miała w sumie tylko jedną jedyną przyjaciółkę – Claire. I nikogo więcej. Toteż, gdy na jej drodze staje nieziemsko piękny chłopak – Garreth, Teagan czuje się trochę nieswojo. Szybko jednak zaprzyjaźnia się z nowo poznanym kolegą i zaczyna się przy nim czuć swobodnie. Nawet więcej niż swobodnie. Jednak to by było za proste i za piękne… przed nimi ciężka próba i równie ciężka droga do przebycia.

Dobra, nie będę owijać w bawełnę – ta książka jest beznadziejna. Naprawdę. Ogólnie bardzo lubię paranormale. Lubię nawet te paranormale, gdzie mamy do czynienia z „trójkątem” – jedna dziewczyna i dwóch nieziemskich przystojniaków o nią rywalizujących. Jednak w tym przypadku tego nie da się lubić. Nawet ten „trójkąt” był tutaj prymitywny, a fabuła strasznie oklepana. Wiem, że może ciężko wymyślić coś oryginalnego w tego typu lekturze, ale żeby nie dodać nic od siebie? Żeby nie wymyślić żadnego nowego, choćby jednego elementu? Przecież to naprawdę nie wymaga filozofii. Fakt, książkę czyta się bardzo szybko, ale to nie tylko sprawa prostego języka. Bardziej chyba chodzi o to, że wiele zdań można pominąć, bo nie wnoszą one nic nowego, i tak doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, co się dzieje.

Bohaterowie są po prostu płascy, mało wyraźni i po prostu nijacy. Chociaż stop, główna bohaterka jest chyba mistrzynią w użalaniu się nad sobą. Już od pierwszych stron byłam zniesmaczona, gdy Teagan odczytywała e-mail od „koleżanki” i przeżywała jego treść jak mrówka okres… Tak, to po prostu było tak okropne i upokarzające, że prawie bym się wzruszyła, ale tusz na to stanowczo za drogi. Takiej irytującej bohaterki to ja dawno nie spotkałam, chociaż zdarzało się... Co do Garretha, jeśli ktoś lubi ciepłe kluchy, to proszę bardzo. A i tak.. mroczny charakter – Hadrian. Z niego taki mroczny i zły anioł jak ze mnie baletnica!

Zero emocji, zero napięcia, przewidywalna do szpiku kości. Poza tym co to w ogóle ma być, że w przeciągu 3 dni zrodziła się wielka, ogromna miłość na całe życie? I to na dodatek przesłodzona. Ludzie, błagam! Nawet w bajkach dla dzieci jest to lepiej wszystko przedstawione. Ta książka jest po prostu płytka i pusta. Brakuje jej głębi, brakuje jej praktycznie wszystkiego. Mam wrażenie, że pani Murgia wpadła na pomysł „aaa napiszę sobie książkę, nie ważne jaką, jakąś napiszę”. Najgorsze jest to, że ja tutaj nawet nie widzę żadnego potencjału. Bo zdarzają się książki, które są słabe, ale widać, że autor miał pomysł, że był ten potencjał. A tutaj? Nie ma ani tego, ani tego. Oklepany temat, kiepsko zrealizowany, a poza tym strasznie schematyczna i stereotypowa ta opowieść.

Całe szczęście, że wydałam na tą książkę niecałe 7 zł, chociaż nawet tylu nie jest warta. Na pewno do niej nie wrócę, na pewno nie sięgnę po kolejne części. Stanowczo nie jestem ciekawa dalszych losów Teagan i jej Strażników. Ba, nawet zakończenie nie poprawiło niczego w tej książce, mimo że miałam taką cichą nadzieję. Jak to jednak mówią – nadzieja matką głupich. Zdecydowanie nie polecam, nie warto tracić czasu na TAK słabe książki.





czwartek, 5 kwietnia 2012

"Sanctus" - Simon Toyne



Cytadela – kulminacyjny, charakterystyczny punkt Ruiny, miasta leżącego na południu Turcji. Pewnego dnia na samym szczycie tej wysokiej, wręcz monumentalnej budowli, staje człowiek. A dokładniej to mnich. W końcu rzuca się w dół i nie jest ciężko zgadnąć, jak to się kończy. Umiera. Jednak czy jest to zwykłe samobójstwo, czy też symboliczny akt? Czy ten człowiek miał po prostu dość swojego życia, czy poświęcił je w jakiejś ważnej sprawie?
Dla niektórych ludzi jest to ważny znak. Dla mnichów, którzy mieszkają w Cytadeli jest to zagrożenie, ponieważ ten jeden wyczyn może zniszczyć wszystko, dosłownie wszystko to, co osiągnęli. Dla zwykłych ludzi będzie to nic innego jak samobójstwo. A dla Liv Adamsen będzie to wydarzenie, które zmieni jej życie.

W sumie nie wiem sama co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po tą książkę. Rzadko czytam powieści o podobnej tematyce, mimo że na dobrą sprawę nawet takowe lubię. Okładka nie przyciąga szczególnie uwagi czytelnika, a na pewno nie przyciągnęła mojej. Bardziej moją uwagę zwrócił tytuł. Mam chyba jakieś zboczenie na punkcie łaciny i to dlatego. Ogólnie rzecz biorąc książka nie była zła, spodobała mi się, mimo że mam pewne zastrzeżenia. Jednak chyba coraz częściej zacznę sięgać po książki o tematyce nie tylko fantastycznej i paranormalnej, mimo że tutaj także możemy pewien taki element znaleźć.

Fabuła zdecydowanie ciekawa i intrygująca, zwłaszcza jeśli poznajemy ją coraz głębiej. Jeśli naprawdę zagłębimy się w tą historię to możemy się niesamowicie zatracić i zapomnieć o upływie czasu. Akcja toczy się w umiarkowanym tempie, pod koniec zdecydowanie przyspiesza, gdyż mamy tam do czynienia ze swego rodzaju wyjaśnieniem całej sprawy, którą poznajemy w trakcie czytania książki. Czyta się bardzo szybko, jest to zapewne zasługa bardzo prostego i codziennego języka, a także tego, że w sumie każdy rozdział ma tak po 3-4 strony, czasem mniej. Z tego też powodu mamy dość szybki przeskok z jednej sytuacji do drugiej. Raz jesteśmy w centrum miasta, raz w Cytadeli, a czasem lądujemy jeszcze gdzieś indziej. Jednak myślę, że nawet gdyby ktoś chciał to się w tych przeskokach nie pogubi.

Poznajemy tutaj sporo bohaterów, może nawet ich liczba jest zbyt duża, bo myślę, że tutaj właśnie można się trochę pogubić odnośnie tego kto jest kim i jaki ma związek z całą sprawą. Jeśli chodzi o tych bohaterów, którzy występują bez mała w każdym rozdziale, np. Liv, Gabriel, Atanazjusz czy Arkadian, z nimi sprawa jest prosta. Wiem kto jest kim, kto ma co do zrobienia, kto z kim trzyma, a także możemy wywnioskować jaką rolę odgrywa. Jednak z pozostałymi bohaterami jest trochę gorzej, ponieważ naprawdę w pewnych momentach można się zagmatwać. Dodatkowo bohaterowie nie mają żadnych wyraźniejszych cech, oni po prostu są. Mam takie wrażenie, że autor poszedł tym przypadku na ilość a nie na jakość. A szkoda.

Brakowało mi także większej dawki emocji, były tu zdecydowanie momenty, w których dałoby się wskrzesić więcej uczuć, jednak autor tego nie zrobił. Część opisów była także męcząca. Z drugiej jednak strony widać, że autor włożył dużo pracy w tą książkę, ponieważ są przerywniki między rozdziałami, które nawiązują do fabuły, wszystko składa się w jedną logiczną całość i jest to napisane naprawdę w dobry sposób. Dużym plusem jest także nieprzewidywalność – to lubię. W sumie czytając tą książkę nie byłam pewna, czy będę miała ochotę sięgnąć po kolejną część, jednak zakończenie sprawiło, że stałam się ku temu bardziej przychylna.

Teraz tak krótko mówiąc – książka nie jest rewelacyjna, ale zła też nie. Jest według mnie trochę lepsza niż przeciętna, pewnych rzeczy było za dużo, pewnych rzeczy brakowało. Jednak może w drugiej części autor się poprawi. W skali od  1-10 myślę, że mogę dać 5 z plusem, a może i nawet 6.

A na koniec muszę dodać okładkę, która jakoś do mnie bardziej przemówiła :D





W końcu wolne, jakże ja tego potrzebowałam. Nie żebym i tak miała mnóstwo roboty, ale w sumie tak to już bywa. Poza tym nie może być tak źle jakby się wydawało, że jest. Czeka mnie jutro wyprawa do biblioteki, o tak. A wczoraj jakże ciężko było mi się powstrzymać przed kupieniem kolejnych książek.. chyba nie kupiłam tylko dlatego, że zapewne teraz jakieś dostanę, ostatecznie dostanę kasę, żeby je kupić.. poza tym na półce stoi jeszcze kilka moich zakupów, które nie zostały przeczytane. Kurde, to mogłaby być moja praca dorywcza.. gdyby mi tak płacili za czytanie książek xD Fajna sprawa. Oh i będę robić dzisiaj pizzę, może tym razem ciasto nie wylezie z miski na cały dywan...