sobota, 31 marca 2012

"Klan wilczycy" - Maite Carranza


Czy jesteście pewni, że znacie swoje przeznaczenie? Tak? To przestańcie. Bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, co Was jeszcze czeka…

Anaid jest  14-letnią czarownicą. Przynajmniej teoretycznie, bo nie wykazuje żadnych zdolności czy też umiejętności. Dodatkowo wcale nie wygląda na 14-latkę. Prędzej na małą dziewczynkę w wieku 9 albo 10 lat. Z tego też powodu zawsze była odrzucana przez swoich rówieśników. Najważniejszą dla niej osobą była jej matka, która pewnego dnia znika bez śladu. Wszystkie czarownice z klanów Omar wierzą, że Selene – matka Anaid – zdradziła je dla wiecznej młodości i bogactwa. Tylko Anaid w to nie wierzy i postanawia odnaleźć swoją rodzicielkę. Jednak podczas poszukiwań wszystko w jej życiu zaczyna się zmieniać – łącznie z nią samą. Anaid staje się czarownicą.

Już od jakiegoś czasu korciło mnie, żeby przeczytać tą książkę. Akurat pewnego dnia wpadłam na nią w bibliotece i wzięłam od razu do ręki. W zamiarze miałam również wypożyczenie kolejnej części, jednak nie byłam pewna czy pierwsza przypadnie mi do gustu. Jednak po przeczytaniu „Klanu wilczycy” jestem pewna, że wrócę do biblioteki po „Lodową pustynię”.

Tak szczerze mówiąc to byłam przygotowana na potężną dawkę fantastyki. No bo w końcu czarownice, duchy i inne tego typu rzeczy. Widziałam już oczyma wyobraźni wioskę w środku lasu, w której żyją czarownice. A tutaj całkiem miłe zaskoczenie – akcja toczy się w normalnym mieście. Czarownice wcale nie podróżują na miotłach, lecz jeżdżą samochodami. Wcale nie mieszkają w mrocznych chatkach, tylko w normalnych domach. I wcale nie są szpetne niczym baba jaga, lecz są to normalne, piękne kobiety, które mają normalny dom i rodzinę. Lubię, gdy książka mnie zaskakuje, a dodatkowo zaskoczenie to ma pozytywny wpływ na moje odczucia. Autorka tworząc tą książkę przeprowadzała badania na temat różnych wierzeń i praktyk magicznych, i połączyła to w ciekawą, spójną całość. Stworzyła niebanalną historię, która potrafi wciągnąć czytelnika. Sporo akcji, trochę napięcia, trochę emocji. Jednym słowem – wszystkiego po trochu, nic nie jest przesadzone, ani niczego nie brakuje. Język bardzo prosty, książkę czyta się bardzo szybko, nawet niewiadomo kiedy lecą kolejne strony. Plus dla pani Carranzy za to, że naprawdę przyłożyła się do pisania tego utworu, a jej praca nie poszła na marne. Widać dopracowanie szczegółów i różnych elementów.

Bohaterowie są wyraźnie przedstawieni, oczywiście z naciskiem na główną bohaterkę – Anaid. Na kartach powieści możemy zauważyć jak z małej nieporadnej dziewczynki staje się ona dojrzalsza, rozsądniejsza i bardziej pewna siebie. Myślę, że nawet mniej ważni bohaterowie, tacy jak Salma, albo nawet Hrabina, są przedstawieni w dość wyraźny sposób. Bądź co bądź nie dowiadujemy się o nich zbyt dużo, jednak wystarczająco, aby wykreować je sobie w swojej głowie.

Co do samego pomysłu – muszę przyznać, że oryginalny i przyjemny. Ostatnio tak mnie coś wybitnie wzięło na motyw czarownic w literaturze i póki co, żaden pomysł mi się nie powtórzył. Podobał mi się podział czarownic na Omar i Odish, a także na poszczególne klany. Poza tym wyjaśnienie historii czarownic  – dlaczego zostały tak podzielone i przez kogo. Muszę także zwrócić uwagę na przerywniki między rozdziałami, które są przepowiedniami i księgami dotyczącymi fabuły – świetny pomysł. Jestem naprawdę pod wrażeniem.

Nie mogę także zapomnieć o oprawie graficznej. Okładka całkiem przystępna, natomiast bardzo ładne nagłówki rozdziałów, świetne ilustracje w środku, które pomagają nam jeszcze lepiej wyobrazić sobie każdą sytuację. Myślę, że wielu ludziom ładne wydanie uprzyjemnia czytanie książki. Mnie na pewno tak ;)
Podsumowując – książka może nie jest rewelacyjna, jednak na pewno jest dobra, może nawet bardzo dobra. Uważam, że warto przeczytać, żeby poznać świat stworzony przez Maite Carranzę, żeby zaznajomić się z ciekawymi bohaterami oraz żeby przeżyć niesamowitą przygodę wraz z Anaid, także polecam.





środa, 28 marca 2012

"Opowieści niesamowite" - Edgar Allan Poe


Po twórczość Edgara Allana Poe zaczęłam sięgać po przeczytaniu książki „Nevermore. Kruk” autorstwa Kelley Creagh. Wcześniej poniekąd słyszałam coś o tym autorze, jednak nigdy mnie nic do jego dzieł nie ciągnęło. Po przeczytani wyżej podanej pozycji to się zmieniło. Zaczęłam od przeczytania wierszy w Internecie i chyba już zawsze będę uwielbiać jego wiersz „Annabel Lee”. Tak, zdecydowanie tak. Jednak w bibliotece natrafiłam na inne dzieła tego autora. Tak do moich rąk trafiły „Opowieści niesamowite”.

Na początku należy zaznaczyć fakt, że pan Poe ma swój charakterystyczny i indywidualny styl pisania oraz przekazywania informacji czy też emocji. Myślę, że początkowo może być ciężko wbić się w ten rytm, a także w ten styl, jednak po pewnym czasie idzie już coraz lepiej, a potem wręcz gładko. Na pewno  książka ta nie należy do książek łatwych. Co mam na myśli mówiąc, że nie należy do książek łatwych? Książki łatwe to takie, przy których nie musimy myśleć. Przeskakujemy ze strony na stronę, czasem się oderwiemy, czasem nasze myśli gdzieś zbłądzą.. jednak czytając dalej nie gubimy się w akcji. Natomiast tutaj nie możemy sobie pozwolić na chwilę zapomnienia – chyba, że będzie to chwila zapomnienia w treści i fabule danego opowiadania. Tak więc jest to książka, którą należy czytać w ciszy i skupieniu, na co nie każdy jest gotowy. Jednak poźniejsze wrażenie i satysfakcja – coś pięknego.

Dużym plusem jest to, że mamy znakomite przedstawienie miejsc i bohaterów. Świetne, dokładne opisy, które o dziwo nie nudzą i nie nużą czytelnika. Rzadko się to zdarza, ponieważ często mamy już dość smętnych, przydługich opisów, które po prostu nas męczą. Te tutaj tak nie robią J. Każda historia jest inna i występują inni bohaterowie, jednak wszystkie mają coś wspólnego – elementy niesamowite, gdyż nie jestem pewna, czy można je nazwać fantastycznymi. Muszę tutaj zwrócić uwagę na jedną rzecz – gdy czytamy książki, z których występują wątki fantastyczne albo paranormalne, w pewnym stopniu odczuwamy to, że tak naprawdę są one fantastyczne, że są wytworem wyobraźni, że tak naprawdę nie istnieją. Tutaj jest inaczej. Z jednej strony wiemy, że pewne rzeczy nie mogą mieć miejsca, jednak Edgar Allan Poe opisał je w taki sposób, że my po prostu nie wierzymy to, że one mogłyby być nieprawdziwe. Są tak wyraziste i tak naturalne, jakby naprawdę istniały i można by je spotkać na co dzień.

Nie będę tutaj oceniać każdego opowiadania osobno, bo trochę by mi zeszło i byście pewnie odpadli przy drugim czy trzecim. Ocenię książkę jako całość. Jedna z lepszych książek jakie miałam okazję czytać, tym bardziej, że rzadko trafiam na dobre zbiory opowiadań. Te tutaj były ciekawe i fascynujące oraz pełne tajemnicy. Myślę, że warto zapoznać się bliżej z twórczością tego autora, ponieważ jego dzieła naprawdę mają w sobie coś wyjątkowego.

Czy polecam? Chyba nie wszystkim. Nie jestem pewna po prostu, czy każdy da radę przebrnąć. Naprawdę czytanie wymaga tutaj skupienia i pełnej koncentracji. Jednak jak już mówiłam – odczucia znakomite.





Jeny, jak mnie brakuje wolnego czasu oO Jednak przynajmniej udało mi się uzyskać zwolnienie z części egzaminu ;) Z genetyki uzyskać 4,5 i 5, zaliczyć jeden przedmiot na 5 itd. itp. Czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dodatkowo.. wiosna przyszła :D Uwielbiam ten napływ pozytywnej energii. A poza tym, za 23 dni będzie piękny dzień! Zdecydowanie :D 



środa, 21 marca 2012

"Zawód: Wiedźma" cz.1 - Olga Gorymko


Wiedźma... Fajnie brzmi, tym bardziej dla mnie, bo jestem w takich klimatach wychowywana od małego. Toteż bardzo lubię książki o podobnej tematyce. Poza tym lubię książki, które naprawdę bardzo do mnie przemawiają, które po prostu są zachwycające, a ta powieść właśnie taka jest.

Wolha jest uczennicą w szkole dla magów. To buntowniczka, która nikogo nie słucha, zawsze musi wszystko robić po swojemu. Dla niektórych jest to dość niewygodne i kłopotliwe. Natomiast w Dogewie – siedzibie wampirów – dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Wolha jako kolejny już mag zostaje tam wysłana, aby zbadać sprawę. Problem polega na tym, że nikt stamtąd nie wrócił…

Fabuła zdecydowanie intryguje, jest interesująca, a także wciągająca – i to bardzo. Język jest prosty i swobodny, naprawdę bardzo przyjazny. Te dwie cechy sprawiają, że książkę można dosłownie połknąć za jednym razem. Czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Ja zatraciłam się całkowicie w świecie stworzonym przez Olgę Gromyko. Była to pierwsza książka jej autorstwa, po którą sięgnęłam, i cieszę się, że to zrobiłam. Z pewnością sięgnę po kolejne dzieła tej autorki. Dobre pomysły i znakomita realizacja – to jest to!

Bohaterowie są świetnie opisani i wykreowani. Zdecydowanie najlepiej poznajemy główną bohaterkę – Wolhę – oraz władcę wampirów – Lena. Powiem szczerze, że koncepcja wampirów jest tutaj dość specyficzna, chociaż nie różni się bardzo od innych wersji w znanych książkach. Jednak nie dajcie się zwieść myśleniu „o nie.. znowu wampiry”. Ja początkowo także trochę sceptycznie podchodziłam do lektury, ale to tylko początkowo. Ale to myślenie było zgubne, gdyż mogłam stracić okazję na poznanie naprawdę wciągającej opowieści. Wracając do bohaterów… Len jest zarówno dobrym, sprawiedliwym władcą, jak i bardzo miłym i sympatycznym, trochę zwariowanym przyjacielem. Natomiast Wolha – ludzie, kocham tą dziewczynę! Ma charakterek. Pewna siebie, silna, odważna, uparta, zdeterminowana – świetna bohaterka, z którą naprawdę bardzo się zżyłam i bardzo ją polubiłam.

Akcja toczy się umiarkowanym, swobodnym tempem. Pod koniec lekko przyspiesza, ponieważ mamy do czynienia z punktem kulminacyjnym całej historii. Czytając tą książkę należy jednak pamiętać, żeby skupić się tylko i wyłącznie na czytaniu. Nie można sobie pozwolić na chwilę dezorientacji, bo można się zagubić i nie wiedzieć, co się dzieje. Czy to źle? Moim zdaniem nie – to sprawia, że wchodzimy do nowego świata, a co lepsze – sami chcemy tam wejść i zostać. Jest to zasługa zarówno bohaterów, jak i pięknego otoczenia. Opisy bardzo dobrze oddają nam obraz Dogewy, można zobaczyć na własne oczy każde drzewo, każdy fragment miasta. Jednak opisy nie są przeważającą częścią tej książki – są zrównoważone dialogami. Co do dialogów – czasem można się nawet pośmiać.

Podsumowując – gorąco polecam tę książkę każdemu fanowi fantasy i tematyki dotyczącej czarownic, wampirów i innych mrocznych stworzeń. Polecam osobom, które uwielbiają ten moment, kiedy książka potrafi zawładnąć człowiekiem. A tak naprawdę to polecam każdemu, kto ma ochotę na dobrą powieść.





 A w ogóle to życie jest piękne! Jan van Helsing opisał mi na kolejnego e-maila, aż się dziwię, że nie ma już mnei dość i nie usuwa e-maili jak tylko widzi mój adres tam xD Ale to się nazywa dbanie o czytelnika, o tak! Poprosiłam nawet o wysłanie mi autografu i powiedział, że nie ma problemu! Hell yeah!
A w ogóle.. jak zacznę być dla wszystkich miła i kochana to niech mnie ktoś walnie.. Tiriś błagam, walnij mnie wtedy... Bo Ty jedna wiesz o co mi chodzi... Lov ju. 

czwartek, 15 marca 2012

"Książka za milion euro" - Jan van Helsing & dr Dinero


Z góry pragnę zaznaczyć, że moja opinia nie będzie obiektywna. Nie będzie, ponieważ uwielbiam Jana van Helsinga. Czytałam jego dwie książki, które zostały wydane w naszym kraju, ta jest trzecią. I pamiętam, że już od pierwszych stron pierwszej książki pokochałam tego autora. Dodatkowo miałam sposobność rozmawiać z nim drogą e-mailową, co jeszcze bardziej pogłębiło moje uwielbienie. Po prostu facet zalicza się do listy osób, które mnie inspirują, które dają mi wiarę. Jednak ostrzegam – książki Jana van Helsinga nie są dla każdego…

Na rynku możemy znaleźć wiele książek i poradników odnośnie odnoszenia sukcesu, spełniania marzeń i osiągania wyznaczonych sobie celów. Tak na dobrą sprawę we wszystkich jest to samo, tylko napisane innymi słowami. Jan van Helsing pisze to w bardzo prosty i przystępny sposób. Po prostu zwykłym codziennym językiem, który dociera do każdego czytelnika. „Książka za milion euro” – tak brzmi tytuł. Początkowo byłam święcie przekonana, że to po prostu książka o pieniądzach. Nawet napisałam drogiemu panu Holeyowi (prawdziwe nazwisko Jana van Helsinga), że chciałabym ją przeczytać, ale to raczej nie jest temat dla mnie. Jednak dostałam odpowiedź: „To nie jest o pieniądzach. To o przeznaczeniu i świadomości.”. Owszem, jest tak. A dodatkowo jest to książka, która daje nam wiarę, daje nam proste i dobre wskazówki jak sobie radzić w życiu. Wystarczy trochę zawziętości i wiary w siebie. Poza tym musimy po prostu jasno wyznaczyć sobie cel, który chcemy osiągnąć.

Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Sama nie wiem.. może nie będę pisać więcej, bo wyjdzie z tego nie opinia a oda pochwalna? Tak… Powiem tylko tyle: książka jest naprawdę świetna. Fakt, że większość z tego, co tam jest napisane, jest mi dobrze znana. W końcu od małego obracam się w podobnych klimatach, od małego jestem w tym wychowywana. I powiem tyle – to działa. Naprawdę. Muszę się jednak powtórzyć: książki Jana van Helsinga nie są dla wszystkich. Jeśli jesteście gotowi na zmianę swojego światopoglądu o 180 stopni to proszę bardzo, czytajcie. Ostrzegam tylko, że możecie przez to nie przebrnąć i uznać „Co za głupoty!”.




A tak z codzienności - nauka, nauka, nauka. Ale jest dobrze, dajemy radę. Dużo śmiechu, trochę nerwów - tak jak to zwykle bywa. 

środa, 14 marca 2012

"Mroczne szaleństwo" - Karen Marie Moning



Wyobraźcie sobie taką sytuację: żyjecie sobie spokojnym, szczęśliwym życiem, a w przeciągu paru dni wszystko zmienia się o 180 stopni. Poznajecie zupełnie nowy świat, dowiadujecie się nieznanej dotąd prawdy o sobie, a właściwie dopiero zaczynacie. Wszystko jeszcze przed Wami, bo to, co dopiero poznajecie, jest zaledwie początkiem. I nie wiecie, co czeka Was dalej…

MacKayla Lane ma 22 lata i prowadzi naprawdę spokojne i normalne życie. Pracuje jako kelnerka, ma świetny kontakt z rodzicami i siostrą. Do czasu, aż jej siostra zostaje zamordowana, a okoliczności jej śmierci nie są do końca znane. MacKayla udaje się więc do Irlandii, a dokładniej do Dublinu, aby dowiedzieć się czegoś więcej i pomścić swoją siostrę. Jednak jedyna wskazówka, jaką posiada, to tajemnicza wiadomość od Aliny na poczcie głosowej. Czego siostra jej nie powiedziała i przed czym chciała ją bronić? W wielkim skrócie – przed elfami. Ponieważ MacKayla jest widzącą sidhe.

Co przyciągnęło moją uwagę w tej książce? Na pewno okładka. Niby prosta i zwyczajna, jednak ma w sobie coś głębszego. Dodatkowo tytuł – „Mroczne szaleństwo” – brzmi intrygująco, nieprawdaż? Także opis brzmiał fascynująco, a poza tym mało książek o elfach czytałam, więc pomyślałam, że warto spróbować. Dobrze pomyślałam...

Książka jest pisana bardzo prostym i przystępnym językiem. Nie ma żadnego owijania w bawełnę – wszystko tyczy się danego tematu. Autorka nie przesadziła ani w jedną, ani w drugą stronę z opisami czy dialogami. Potrafiła to wyważyć w taki sposób, że treść nie jest męcząca ani nudna.  Mamy tu do czynienia z prostym, codziennym językiem i to właśnie  sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko. Akcja toczy się  spokojnym, umiarkowanym tempem. Ja osobiście nie zauważyłam żadnych zwolnień czy przyspieszeń. Każda sytuacja miała swój czas i swoje miejsce, co złożyło się na logiczną całość. Mimo, że nie ma tutaj za dużego napięcia, to książka potrafi wciągnąć. Możemy tu także znaleźć pewne emocje – może nie w nadmiarze, ale zawsze coś.

Co do samych bohaterów – MacKaylę na pewno można polubić, jednak momentami jej zachowanie jest tak irytujące, że nie da się tego spokojnie znieść. Mimo tego uważam, że jest dość silną osobowością, poza tym potrafi postawić na swoim. Jest również trochę lekkomyślna i brak jej chwilami zdrowego rozsądku, ale każdemu może się to zdarzyć. Co do Barronsa, jego najlepiej uwydatnioną cechą jest zdecydowanie tajemniczość. Do tej pory nie mam pojęcia, kim on może tak naprawdę być!

Muszę przyznać, że sama koncepcja elfów trochę mnie zdziwiła. Są one przedstawione w tak inny sposób niż te, z którymi spotkałam się dotychczas, że ciężko było mi się z tym oswoić. Jednak nie uważam tego za minus, wręcz przeciwnie – to świetnie, że autorka stworzyła własną koncepcję i ją naprawdę ciekawie opisała. Dodatkowo uwydatniła podział tych wszystkich istot, wymyśliła nowe nazwy, nowe artefakty – za to należy się duże uznanie. Widać, że miała pomysł i potrafiła go zrealizować.

Momentami miałam wrażenie, że to wszystko jest naciągane i trochę sztuczne. Wszystko działo się tak łatwo, tak prosto… Mimo to nie uważam, że książka jest zła. Może to tylko taka zmyłka, bo przede mną jeszcze 4 części przygód Mac? Może właśnie specjalnie tutaj było łatwo, bo tak naprawdę potem okaże się, że  historia wcale nie jest prosta i oczywista, jak ja to odebrałam. Zobaczymy. Czuję pewien lekki niedosyt po przeczytaniu tej historii, sama nie wiem, dlaczego…

Mimo tych drobnych uwag końcowych uważam, że książka jest naprawdę dobra i warto ją przeczytać. Z czystym sumieniem mogę polecić osobom, które lubią fantasy, a także elfy – nowa koncepcja może Was zaskoczyć! ;)




czwartek, 8 marca 2012

"Spalona" - P. C. Cast + Kristin Cast


Czy czuliście kiedyś jak Wasza dusza rozpada się na kawałki? Widzieliście coś co porusza Was do głębi i sprawia, że nie możecie przejść obok tego obojętnie? Niesamowite uczucie, prawda? Jednak gdy wszystko co dla nas ważne i wszystko to, w co wierzymy, znika, my sami stajemy się puści w środku.

"Spalona" to już siódma część sagi "Dom nocy" autorstwa P.C. Cast i Kristin Cast. Z tego co zdążyłam zauważyć, czytelnicy albo lubią tą serię, albo jej nie znoszą. Ja jestem zdecydowanie w tej pierwszej części.
Dusza Zoey rozpadła się na kawałki - dosłownie. Nie była w stanie sobie poradzić z utratą Heatha. Jednak mimo tego, że Zoey opuściła swoje ciało, nie umarła. Wciąż żyje, tylko przebywa rozbita w Zaświatach. Jednak jeśli nie powróci w przeciągu 7 dni, umrze. Tym razem już całkiem na poważnie. Tylko Stark, jako jej wojownik, może do niej dotrzeć. Reszta przyjaciół może go tylko wspierać.

Cóż, dobra wiadomość dla tych, którzy nie przepadają za główną bohaterką. Nie ma jej tu za dużo. Rozdziały są podzielone na różne punkty widzenia, tak więc mamy narrację trzecioosobową z punktu widzenia Starka, Afrodyty, Stevie Rea, Rephaima, a nawet Heatha. W paru miejscach mamy także do czynienia z narracją pierwszoosobową z punktu widzenia Zoey. Jest to duży plus tej książki, ponieważ możemy poznać punkt widzenia i odczucia każdego z bohaterów. Akcja jest wielowątkowa, jednak nie ma możliwości zagubienia się w niej. Wszystko jest klarowne, przejrzyste i jasne do zrozumienia. Zero zagmatwania. Nawet historia miłosna Zoey nie jest tutaj aż tak poruszona, większy nacisk został położony na Stevie Rea. Muszę powiedzieć, że wątek z Rephaimem bardzo mi się spodobał. Nawet pod koniec łza zakręciła się w oku.

Uważam, że ta część jest nieco inna od pozostałych, a na pewno dojrzalsza. Widać ewolucję i postęp jaki robi± autorki. Język jest coraz lepszy, powiem nawet, że w pewnych momentach był ostry. Teoretycznie myślałam, że może to popsuć klimat książki, ale myliłam się. Myślę, że całkiem nieźle pomógł zobaczyć mi głębię uczuć i emocji.

Dalej trzymam się tego, że świat wykreowany w tej serii jest w pewnym stopniu intrygujący. Podoba mi się także to, że akcja nie stoi w miejscu, ciągle się coś dzieje, i to w miarę szybko. Podziwiam autorki, że potrafią ciągnąć tą historię już od pierwszej części i nie przynudzają. Pierwsza część diametralnie różni się od tej, jednak wszystko stanowi logiczną całość, wszystko do czego doszło w "Spalonej" rozpoczęło się przecież już w "Naznaczonej". Także pomysł na fabułę bardzo mi się podoba.
  
Co do oprawy graficznej - okładka "Spalonej" podoba mi się najmniej ze wszystkich wydanych dotąd części, jednak muszę przyznać, że cała seria wygląda na półce imponująco. Komu mogę polecić? Myślę, że tylko i wyłącznie fanom cyklu, ponieważ jeśli komuś do gustu nie przypadły wcześniejsze części, to ta zapewne także tego nie zrobi. Poza tym ciężko czytać tą część nie mając pojęcia, co działo się wcześniej.




 A ogólnie to na nowo zaczęła się masakra na uczelni. Ale poza tym jest mrau. :D Coraz lepiej coraz lepiej...



sobota, 3 marca 2012

"Bunt" - Lili St. Crow



Wyobrażacie sobie, że wszyscy mówią Wam, co macie robić, jak macie to robić, czego macie nie robić. Można się wykończyć. I w dodatku wmawiają Wam, że to dla Waszego dobra! Nie można nawet spokojnie odetchnąć bez przebywania pod czujnym okiem drugiej osoby. Żadnej chwili wytchnienia, żadnej chwili samotności… Trochę jak bycie marionetką w czyichś rękach.

Dru Anderson zawsze słuchała we wszystkim swojego ojca, przynajmniej dopóki żył. Nie wyszło jej to na dobre. Później słuchała Zakonu – to też nie było zbyt przemyślane – a oni kłamali. Wszyscy dyrygują jej życiem i ustalają każdą jego sekundę. Nic dziwnego, że Dru przestaje się to podobać. Każdy by w końcu miał dość. Dodatkowo nie ma pewności, czy ktoś na pewno poszukuje Gravesa, a przecież nie może zostawić go na pastwę Siergieja. Dlatego właśnie nadszedł czas na.. bunt.

„Bunt” jest już czwartym tomem serii o Dru Anderson – 16-letniej łowczyni demonów. Początkowo była to dla mnie seria jak każda inna, jednak z czasem zaczęłam lubić ją coraz bardziej. Przyjemny i prosty język sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko, nie ma nużących opisów ani nic niewnoszących w akcję dialogów. Każda scena opisana w tej książce jest potrzebna i wnosi coś nowego, nie wyrzuciłabym z tej książki ani jednego zdania. Akcja toczy się swobodnym i dość szybkim tempem. W drugiej połowie książki znacznie przyspiesza, a to wzbudza w czytelniku coraz większe napięcie i emocje. Fabuła jest dalej taka sama, zapewne dobrze znana każdemu, kto czytał wcześniejsze losy Dru Anderson. Bohaterka ciągle ćwiczy i przygotowuje się na zostanie Swietoczą, jest już coraz bliżej osiągnięcia dojrzałości. Jednak musi także zrobić wszystko, aby ocalić przyjaciela.

Po raz kolejny mamy do czynienia z różnego rodzaju intrygami. Możemy tu znaleźć kilka zwrotów akcji, książka na pewno jest nieprzewidywalna. Wiele sytuacji może zadziwić czytelnika, a także dać mu do myślenia. Dobrze widoczne są także emocje bohaterów – zawiść, zazdrość, strach, oddanie czy honor. Świat jest bardzo dobrze wykreowany i opisany, oczami wyobraźni możemy wszystko zobaczyć – zarówno Scholę jak i poszczególnych bohaterów, a także sceny walki, których tu nie brakuje. Co do samych bohaterów, to za dużo się nie zmienia. Uwielbiam Dru, bo jest zaradna i odważna. Poza tym w końcu bierze sprawy w swoje ręce i nie pozwala sobą dyrygować. Anna zyskała w moich oczach; myślę, że każdy kto tą książkę przeczyta, zgodzi się ze mną.

Jeśli chodzi o minusy to naprawdę żadnych większych zastrzeżeń nie mam. Powiem szczerze, że nawet ciężko mi znaleźć jakieś drobne rzeczy, które działałyby mi na nerwy, bądź mnie irytowały. Naprawdę z czasem bardzo polubiłam całą tę historię i myślę, że może nawet kiedyś do niej jeszcze powrócę.

Czwarta część zdecydowanie dorównuje poprzednim tomom, utrzymują one jednakowy poziom i stanowią nierozerwalną całość, która stała się naprawdę ciekawą historię. Jest to powieść, która może nas całkowicie pochłonąć, w której możemy się zatracić. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom przygód jednej z moich ulubionych bohaterek literackich i szczerze trzymam kciuki za to, by wszystko ułożyło się po jej myśli. Książkę oceniam na 8/10.




A ogólnie to jestem mistrzem, po prostu jestem mistrzem - udało się. Jestem po prostu przeszczęśliwa z tego powodu... gdyby się nie udało to byłabym niesamowicie załamana - znaczyłoby to tyle, że wszystko to, w co wierzę to jedna wielka ściema. To byloby straszne... ta myśl, że to wszystko okazało się nieprawdą. Ale udało się.
Poza tym mam dość fizyki.. koleś sam nawet nie ogarnia naszych ćwiczeń, a my mamy to robić.. kto to widział żeby na biotechnologii było coś takiego, co my robimy.. jeden wielki cyrk i tyle.
A jutro targi medycyny naturalnej.. kupię w końcu książkę Jana van Helsinga, kolejną.. mam nadzieję, że będzie równa dobra jak dwie pozostałe.