środa, 29 lutego 2012

"Dzieci demonów" - J. M. McDermott



Dzisiaj wiara w demony jest uznawana, po części, za chorobę psychiczną. Gdy ktoś powie „Ej słuchaj, widziałem demona” to zapewne usłyszy odpowiedź w stylu „idź się leczyć”, „nie pij więcej”, „zmień dilera albo bierz połówki”. Jednak kiedyś wiara w demony i inne istoty nadprzyrodzone była czymś normalnym. Z czasem jednak stało się to tylko fikcją…

Tak naprawdę nie wiemy kiedy i gdzie dokładnie toczy się akcja książki „Dzieci demonów”. Możemy się domyślić, że są to czasy najprawdopodobniej średniowieczne, może trochę późniejsze. Wśród normalnych ludzi żyje potomstwo demonów – pół ludzie, pół demony. Wszystko, co trafi w ich ręce zostaje skażone. Wędrowcy Erin Błogosławionej robią wszystko, aby usunąć to zło z powierzchni ziemi. Ich celem jest pozbycie się każdego półdemona i demona jaki stanie na ich drodze… i nie spoczną póki nie wykonają zadania.

Akcja toczy się w umiarkowanym tempie, nie przyspiesza, nie zwalnia. Język autora jest przystępny i prosty, co sprawia, że książkę czyta się naprawdę bardzo szybko - nawet się nie zauważa, kiedy lecą kolejne strony. Mamy tutaj dwa rodzaje narracji: pierwszoosobową z punktu widzenia Wędrowczyni Erin Błogosławionej oraz trzecioosobową – narratora, jako obserwatora poszczególnych wydarzeń. Fabuła jest wielowątkowa i rozdziały są podzielone na mniejsza fragmenty – z jednej strony to dobre posunięcie, ale z drugiej można się w tym, niestety, bardzo pomieszać i pogubić. Bohaterowie są moim zdaniem trochę nijacy, jakoś ciężko było mi się z kimkolwiek zżyć, czy utożsamić. Może „nijacy” to trochę za mocne określenie, bowiem można w sumie wyróżnić kilka cech poszczególnych bohaterów, jednak ja nie odczułam ich, aż tak mocno.

Na pewno dobrze wyraźna jest tutaj walka wewnętrzna natury ludzkiej i demonicznej u półdemonów. Wiedzą, że są z góry skazani na potępienie i ludzką nienawiść. Wiedzą, że jakaś część ich natury jest zła, a jednak starają się ją odrzucić i normalnie żyć. Muszę także przyznać, że autor miał bardzo ciekawy pomysł i świetnie wykreował cały świat powieści, spokojnie można się w nim zatracić i zobaczyć  wszystko na własne oczy. Wystarczy tylko uruchomić wyobraźnię. Jednak jak dla mnie było niestety za mało demonów w książce o demonach – niestety. Chociaż może przesadzam, nie wiem.. takie moje odczucie. I nie chodzi tu o demony jako bohaterów, tylko w znaczeniu ogólnym. Brakowało mi po prostu tego demonicznego zła, intryg, krwi… Za to opisy wioski czy pomieszczeń były bardzo dobre, idealnie oddawały klimat jaki tam panował i łatwo było sobie wszystko wyobrazić. Na szczęście nie występują one w nadmiernej ilości, nie przyćmiewają dialogów. W przeciwnym razie można by się chyba trochę zanudzić.

Muszę też wspomnieć o szacie graficznej – okładka jest po prostu przepiękna! Przyciąga wzrok czytelnika już od pierwszej chwili, nie ma się co dziwić – naprawdę mistrzostwo.
Początkowo byłam trochę zawiedziona, bo spodziewałam się czegoś innego po tej książce, jednak im dalej czytałam, tym bardziej mi się podobało. Ogólnie książkę oceniam na całkiem pozytywną, oczywiście są jakieś minusy, jednak całość jest całkiem niezła. Na pewno mogę polecić ją fanom fantastyki. W sumie można ją spokojnie przeczytać w jeden wieczór, aby się na chwilę zapomnieć i zatracić w innym świecie – nie jest to bowiem historia ciężka i skomplikowana.



niedziela, 26 lutego 2012

"Hollywood" - Charles Bukowski



Znacie ten napis? Oczywiście, że tak! Nie ma prawdopodobnie człowieka, który by go nie znał. I zapewne nie jeden człowiek chciałby zasmakować życia pełnego sławy i blasków fleszy. Życia pełnego bogactwa, bankietów, przyjęć, popularności.. bo właśnie z tym nam się kojarzy Hollywood, prawda? Z czystą sielanką, egzystencją jak z bajki. Jednak wszystko ma przecież swoje ciemne strony…

Co mnie skłoniło do sięgnięcia po twórczość Charlesa Bukowskiego? Tak sobie kiedyś szperałam szukając ciekawych dzieł poetów i pisarzy wyklętych i natrafiłam jakoś po drodze na Bukowskiego. Pomyślałam „A czemu nie? Przecież jak mi się nie spodoba to po prostu odłożę.”. Tak więc nazwisko to trafiło na moją listę autorów, po których dzieła chcę sięgnąć. Jego twórczość oparta jest w dużej mierze na jego własnych doświadczeniach. Przygody z alkoholem, awantury, seks, bieda, zwątpienie, przeciwności losu… ogólnie słabości człowieka. Jedni dają sobie z nimi radę, inni nie.

  Książka „Hollywood” przedstawia świat filmu z zupełnie odmiennej strony niż go znamy. A raczej wydaje nam się, że znamy. Jak się okazuje, życie w Hollywood wcale nie jest jedną wielką sielanką. Powiem więcej – zostało przedstawione jako życie, którego raczej nikomu nie życzę. Mnóstwo spisków i intryg, ciągła walka o sławę i pieniądze, alkohol leje się strumieniami… Ludzie wykorzystują innych ludzi, na ulicach panuje strach i bieda. Ciężko prowadzić życie na godnym poziomie. Nawet jeśli jest się kimś teoretycznie sławnym.

Głównym bohaterem jest Henry Chinasky – możemy go postrzegać jako alter ego pisarza. Nie okłamujmy się… Henry jest pijakiem, wręcz ordynarnym pijakiem, który nie zawsze jest miły dla innych. A mimo tego nie wyobrażam sobie, że można by go nie polubić. Dziwne, prawda? Mimo wszystko jest w tej postaci coś, co sprawia, że przypada on czytelnikowi do gustu. Myślę, że gdyby poddać go głębszej analizie to wiele by zyskał i pomogłoby to zatuszować jego wady, które jednak są wysunięte na pierwszy plan. Jego wypowiedzi z jednej strony są proste, ale z drugiej widać w nich głębsze przesłanie.


Zdecydowanie nie jest to książka, w której możemy doszukiwać się zwrotów akcji czy potężnego napięcia. To po prostu nie ten rodzaj. To coś zupełnie innego. Dodatkowo myślę, że nie jest to książka dla każdego. Nie dość, że przedstawiony świat jest w pewnym sensie okrutny, to język zastosowany przez autora jest ostry i wulgarny. Występuje tu sporo kolokwializmów i przekleństw, co jednym może się wydawać wadą, a innym zaletą. Dlaczego wadą? No bo jak w literaturze można używać tak obrzydliwych określeń? Dlaczego zaletą? Bo mimo wszystko podobnym językiem posługujemy się na co dzień i dzięki temu łatwiej rozumiemy powieść.

Książka potrafi wciągnąć, czyta się ją szybko, fabuła jest całkiem interesująca. Charles Bukowski idealnie wyważył ilość dialogów i opisów. Niczego nie jest za dużo ani za mało – dzięki temu nie nudzimy się, a czytanie nie nuży nas. Polecić polecam jak najbardziej, ale ostrzegam – nie każdemu ta książka przypadnie do gustu i nie każdy będzie w stanie przez nią przebrnąć.


   A tak na zakończenie cytat z książki, wręcz idealnie oddający klimat powieści Bukowskiego, przynajmniej według mnie i na chwilę obecną:

„-Tego, no, piszę wiersze, opowiadania, powieści…
-No i napisał pan scenariusz, proszę pana.
-A, racja. Tak.
-O czym pan pisze, proszę pana?
-O czym?
-Tak, o czym?
-Eee, he, he, piszę o życiu, rozumiesz. Prosto z życia, rozumiesz?
-Moja mama mówi, że wypisuje pan same świństwa…”

sobota, 25 lutego 2012

"Shatter me" - Tahereh Mafi



Każdy z nas nie raz czuł potrzebę izolacji. Każdy z nas nie raz czuł się odosobniony. Czasem są takie dni, gdy po prostu potrzebujemy być sami ze sobą. Pragniemy odgrodzić się od świata i na chwilę zapomnieć o wszystkim. Jednak po takiej chwili słabości wracamy do normalnego życia. Wszystko jest takie, jakie było przedtem… a co jeśli nie mamy możliwości takiego powrotu?

Juliette została zamknięta w odosobnieniu 264 dni temu. Tylko ona, 4 ściany i jej notes. Rodzice się jej wyrzekli. Rówieśnicy wyśmiewali. Juliette nie ma nikogo. Tak naprawdę nigdy nikogo nie miała. Ponieważ Juliette myśli, że jest potworem. Potworem, którego dotyk sprawia, iż ludzie umierają. Jednak niektórzy uważają to za dar, potężny dar, który chcą wykorzystać. Chcą zrobić z Juliette broń, ale ona jest temu przeciwna. Dziewczyna nie chce nikogo ranić, nie chce nieść ze sobą śmierci do każdego miejsca, w którym się pojawi. Po 264 dniach odosobnienia zostaje jej przydzielony współlokator, na dodatek chłopak. Jak Juliette poradzi sobie z nowym towarzyszem, a także z planami, jakie mają wobec niej inni? Na pewno nie będzie to łatwe.. nie dla niej.

Do przeczytania tej książki najbardziej zachęcił mnie trailer. Jest po prostu obłędny i wiedziałam odkąd tylko go zobaczyłam, że muszę tę książkę dorwać w swoje ręce. Naprawdę byłam niesamowicie nakręcona na tę historię. Dlaczego? Może dlatego, że wydała mi się bardzo oryginalna. 17letnia dziewczyna całkowicie odrzucona przez społeczeństwo, nie wiadomo czy ze strachu czy z nienawiści… A dodatkowo jej umiejętność – śmiertelność jej dotyku. Brzmiało naprawdę ciekawie i takie też się okazało.

Świat w tej książce jest pełen okrucieństwa, pełen złamanych zasad. Pokazuje jak ciężkie może być życie każdego człowieka, że trzbea dokonywać ciężkich wyborów, które nie raz niosą za sobą poważne konsekwencje. Akcja toczy się w umiarkowanym tempie, raz niesamowicie przyspiesza, aby już za moment zwolnić i uspokoić emocje czytelnika. Tak więc mamy tu sytuacje pełne napięcia, ale także pełne spokoju, które pozwalają nam odetchnąć. Myślę, że zdecydowanie najlepszy jest początek książki, a także zakończenie. Środkowa część momentami może nużyć, ale można to zlekceważyć. Narracja jest pierwszoosobowa, oczywiście z punktu widzenia głównej bohaterki. Umożliwia nam to dokładne poznanie jej uczuć i rozterek. Muszę przyznać, że świetnie jest przedstawione jej zagubienie, niepewność, strach.. każde uczucie, które towarzyszy Juliette, towarzyszy też czytelnikowi. Autorce znakomicie udało się odwzorować zachowanie osoby, która siedziała w zamknięciu długi okres czasu. Same myśli Juliette, jej zachowanie.. naprawdę świetna robota! Nawet późniejsza próba dostosowania się do nowej sytuacji i otoczenia jest stopniowa, widać, że Juliette nie do końca wszystko pojmuje. Także jej późniejsza radość jest opisana w sposób pasujący do osoby, która niedawno wyszła z azylu. Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów to o nich krótko: Adam jest całkiem przyjemnym chłopakiem, opiekuńczym i troskliwym. Z drugiej strony widzimy jego zawziętość i odwagę. Warner – mimo że to czarny charakter tej powieści, to przypadł mi do gustu, a to dlatego, że większość jego kwestii była świetna, taka życiowa. Myślę, że człowiek taki jak on okazałby się ciekawym charakterem, niekoniecznie dobrym, ale na pewno ciekawym i interesującym.
W sumie pomysł na fabułę ostatnimi czasy oklepany – świat po zagładzie, nowy podział społeczeństwa, walka rebeliantów z władzami. Jednak autorka dodała do tego sporo swoich pomysłów, co sprawia, że książka nabiera czegoś świeżego i nowego. Cieszę się, że cukierkowa miłość nie jest głównym wątkiem, tylko schodzi na dalszy plan. Stanowi dopełnienie historii, a nie motyw przewodni. Język jest prosty i naturalny, jednak czytałam to oczywiście w oryginale po angielsku, więc nie wiem jak będzie z polskim tłumaczeniem, ale myślę, że nie powinno być źle. Możemy tutaj znaleźć wiele wątków takich jak chęć władzy, walka z samym sobą, lojalność czy oddanie, a nawet odrzucenie i strach. Są takie momenty podczas czytania, gdy serce podchodzi do gardła i czytamy w dużym napięciu.

Ale znalazły się także rzeczy, które mnie denerwowały. Mianowicie trochę męczące były powtarzające się dialogi i wypowiedzi. Nie mam na myśli, że było słowo w słowo skopiowane, ale sens był ten sam. Naprawdę trochę ciężko mi się czytało po raz kolejny to jak Juliette kłóci się z Warnerem… Na szczęście potem czegoś takiego już nie było. Niektóre rzeczy były też zbyt proste, brakowało mi tu jakiejś większej intrygi, chociaż nie powiem, były chwile zaskoczenia.

Podsumowując, największym plusem tej książki jest zdecydowanie przedstawienie odczuć Juliette. Nie wiem skąd autorka potrafiła tak idealnie opisać zachowanie odizolowanej osoby, ale naprawdę chylę czoła. Historia jest na pewno w pewnym stopniu wciągająca i fascynująca, można się zatracić, albo też nieźle zeschizować, zwłaszcza na początku. Te drobne minusy, które wymieniłam nie wpływają na moją całkowitą ocenę książki, którą uważam za bardzo przyjemną i miłą lekturę.


A tutaj trailer tej książki, który przyciągnął moją uwagę:




A ogólnie to się rozchorowałam i strasznie mi się to niepodoba. Moje gardło umiera...

czwartek, 23 lutego 2012

"Zawładnięci" - Elana Johnson


Świat pełen zakazów, pełen nakazów, zero wolności. Nie możesz się nawet odezwać bez obawy, że ktoś Cię usłyszy i mu się nie spodoba to, co powiedziałeś. Inni decydują o Twoim życiu, a Ty i tak nie możesz nic zrobić. Nie możesz, bo oni mogą Tobą zawładnąć, mogą Cię kontrolować, potrafią zdominować Twój umysł. Teoretycznie robią wszystko dla dobra społeczeństwa… ale  tylko w ich mniemaniu jest to odpowiednie dla ludności.

Violet nie chce być kontrolowana. Nie zamierza się poddać, nie zamierza żyć życiem, które jest dla niej ustanowione przez Tych-Od-Myślenia. Od małego popełnia wykroczenia, które do czasu uchodzą jej na sucho. W końcu jednak zostaje aresztowana. Jednak czy na pewno chodziło tylko o aresztowanie jej i wykluczenie czy może o coś więcej? Może Vi znaczy dla wszystkich więcej niż myślała. Jednak Vi to Vi. Nie pozwoli sobie na kontrolę. Wraz z Jagiem, chłopakiem ze Złych Ziem, ucieka przed Tymi-Od-Myślenia. Szkoda tylko, że nie jest to takie proste… Ci-Od-Myślenia są wszędzie. Nikomu nie można ufać.

Gdy widzę na okładce jakiejś książki, że jest porównywana do znakomitych „Igrzysk śmierci” to naprawdę mam nadzieję, że ta książka okaże się dobra. Nie wierzę w to, że pobije Igrzyska, ale oczekuję, że będzie przynajmniej w połowie tak świetna, jak Igrzyska. I póki co za każdym razem się zawiodłam. Teraz też.

Sama fabuła jest dosyć ciekawa. Świat po zagładzie, nowe technologie, nowy podział ziemi – wszystko nowe. To mi się podoba, różne wizje świata po apokalipsie, różne prawa nim rządzące. Autorka stworzyła świat, który stopniowo poznajemy wraz z zasadami, które w nim panują. Akcja toczy się bardzo szybko, czasami chyba zbyt szybko, bo można się pogubić. Brakuje chwili wytchnienia, która pozwoliłaby na przeanalizowanie czytelnikowi sytuacji i przemyślenie kilku rzeczy. Bardzo łatwo jest się zamieszać w tym wszystkim. Ja sama nie wiedziałam w końcu kto co mówi, gdzie aktualnie toczy się akcja, co się dzieje ani kto jest temu winny. Chwilami to nie wiedziałam, czy pominęłam jakąś stronę czy co. Dodatkowo brakowało mi emocji, te wszystkie wypowiedzi były po prostu płytkie i puste. Nie wiem jak można tak zlekceważyć uczucia. Żałuję, że autorka nie poświęciła więcej czasu na opis poszczególnych terenów i zakładów. Było to tak znikome, że po prostu nie dało się sobie wyobrazić miejsca, o którym aktualnie czytamy. Odczuwam tu pisanie na zasadzie „byle szybciej, byle szybciej”… Wszystko było tak oczywiste, tak proste, że aż czasem nudne i wręcz irytująco śmieszne.

No dobra, ale teraz jakieś plusy. Po pierwsze – Vi i Jag. Oni jakoś mi przypadli do gustu, byli w sumie w miarę dobrze wykreowani i można było ich polubić, można było się pośmiać. Chociaż zdarzało się, że to, co robili było po prostu niewiarygodne, działało mi to na nerwy. Dwójka 16-latków, którzy czasami zachowywali się jakby mieli po 10 lat i uciekali przed karą, bo zjedli za dużo cukierków. Podobał mi się także pomysł Dyrektoriatu i całej reszty władz rządzących. Ciekawa sprawa, podobnie jak umiejętności jakie posiadali niektórzy – mianowicie kontrola umysłu czy zmuszanie kogoś do zrobienia czegoś za pomocą własnego głosu.

Tak więc myślę, że książka miała spory potencjał.. jednak nie została wystarczająco dopracowana i tyle. Dużo niedociągnięć, znajdywałam nawet błędy stylistyczne, chociaż to bardziej chyba wina tłumacza. Ogólnie będąc w połowie byłam skłonna już ją odłożyć i do niej nie wracać… Cóż, na pewno nie jest to książka, do której kiedyś powrócę.. jeśli ktoś ma naprawdę ochotę ją przeczytać to dopiero wtedy, kiedy nie będzie miał nic innego pod ręką.



Taa.. a teraz czas, aby fizyka stała się sensem mojego życia. Zawsze o tym marzyłam. Nie to, że nie lubię fizyki.. nawet lubię, jednak to, w jaki sposób jest prowadzona u mnie na studiach na moim kierunku pozostawiam bez komentarza. Jednak trzeba przeżyć, si? Jak przeżyję ten semestr to nawet biochemia mi potem niestraszna, a potem to już specjalizacja i katedra genetyki i będzie pięknie. A w ogóle to miałam dzisiaj koszykówkę, skończyłam ją 2 i pół godziny temu, a już czuję, że robią mi się zakwasy oO Dobry motyw.

wtorek, 21 lutego 2012

"Las zębów i rak" - Carrie Ryan



Życie w ciągłym strachu… ciągłym strachu przed tym, co czyha na nas w ciemnościach, co czeka na nas za bezpiecznym terenem, jakim jest nasz dom. Życie w strachu przed tym, co ludzie o Tobie pomyślą albo co Cię czeka, jeśli nie będziesz słuchać tych, którzy stoją wyżej w hierarchii niż Ty. Okropna wizja.

Mary żyje w wiosce, która znajduje się w środku lasu. Jest ona otoczona siatką, aby chronić mieszkańców przed atakami Nieuświęconych. Kim są Nieuświęceni? Teoretycznie ludźmi, a przynajmniej kiedyś nimi byli. Jednak zatracili swoje człowieczeństwo. Dodatkowo w wiosce Mary panują surowe reguły, nad wszystkim władzę sprawują Siostry. Niestety nie zawsze ich decyzje są zgodne z decyzjami i przekonaniami mieszkańców. Jednak pewnego dnia na wioskę jakimś cudem napadają Nieuświęceni. Mary wraz z przyjaciółmi ucieka i pragnie dotrzeć do miejsca, które zna tylko z historii, które opowiadała jej matka. Czy jej się to uda? Czy prędzej zginie w mrocznym Lesie Zębów i Rąk?

Pomysł na tą opowieść jest zdecydowanie niecodzienny i niebanalny. Świat, a także panująca w nim hierarchia i zasady zostały jasno i klarownie przedstawione przez autorkę. Bardzo łatwo można sobie wyobrazić wioskę, ogrodzenia, ścieżki oraz tytułowy Las. Gorzej niestety z bohaterami, bo jakoś nieszczególnie widziałam ich w swojej głowie. Po prostu byli i tyle. Wielka szkoda, że nie zostali oni w wyraźniejszy sposób wykreowani, a może zostali, tylko do mnie to nie dotarło. W każdym bądź razie – ja tego nie odczułam. Dodatkowo Mary czasem niesamowicie działała mi na nerwy. Trochę egoistyczna i uparta, jednak nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ciągle mówiła tylko o jednym i miałam dziwne wrażenie, że tak na dobrą sprawę dba tylko i wyłącznie o własne dobro.

Trzeba przyznać, że wszystko szybko się toczy już od pierwszych stron, jednak potem niestety zwalnia. Większość książki stanowią opisy, które bywają nużące i męczące. Akcja się wlecze i trochę przynudza. Dopiero końcowa część książki, a dokładniej jakaś 1/4 , jest ciekawsza. Tam się coś dzieje, akcja przyspiesza i czyta się już dużo przyjemniej. Zdecydowanie brakowało mi dialogów w tej książce. Było ich naprawdę niewiele, a na pewno wzbogaciły by tą opowieść i zniwelowały znużenie, które z kolei powodowały nadmierne opisy. Brakowało mi też większych emocji, chociaż nie mogę powiedzieć, że w ogóle ich nie były. Zdarzały się momenty, że można było odczuć miłość, oddanie, a nawet zazdrość. Podobał mi się pomysł Nieuświęconych – ciekawie wymyślone i ciekawie opisane.

Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia Mary. Nie wiem czy pozwoliło nam to na lepsze poznanie bohaterki, ja jakoś się z nią nie zżyłam. Ogólnie styl pisania pani Ryan jest dość dziwny i specyficzny, toteż książka nie każdemu może przypaść do gustu. Trzeba się po prostu przyzwyczaić, z początku może być trudno, ale potem idzie już z górki. Nie uważam, że zmarnowałam czas czytając ją, bo było to miłe doświadczenie, poznałam ciekawą historię i w sumie można przymknąć oko na pewne niedogodnienia. Świat tej opowieści jest naprawdę ujmujący.

Książka nie jest powalająca, ale nie jest też beznadziejna. Jest całkiem dobra, pomimo tych niedociągnięć o których pisałam wcześniej. Może autorka po prostu się rozkręcała, a w drugiej części czeka nas coś nieziemskiego?




Za książeczkę dziękuję mojej Tiriś! <3 Kocham Cię :D

A w ogóle to na nowo się zaczęły studia, ciągle jakieś kolokwium, ciągle coś. Do tej pory nie jestem w stanie zrozumieć motywu naszej fizyki, no ale nie mnie się wtrącać - trzeba przeżyć. Nie ogarniam także motywu filozofii, którą mamy z największym szowinistą i seksistą jakiego znam, dostałam plusa za to, że przyszłam przygotowana na zajęcia, przy czym przygotowaniem było to, że miałam spódniczkę. Poza tym mój kot ma od dłuższego czasu niepohamowane dni miłości do mnie i się ciągle przymila, to jest bardzo podejrzane.


sobota, 18 lutego 2012

"Odkrycie sukuba" - Richelle Mead



Pamiętacie Georginę Kincaid? Sukkuba, który stara się prowadzić w miarę normalne ludzkie życie? Jak nie to źle, a jak tak to się bardzo cieszę. "Odkrycie sukuba" to ostatni tom cyklu przygód tej piekelnej nieśmiertelnej. Tom, w którym wszystko się wyjaśnia...

Po wszystkich trudach jakie Georgina napotkała na swojej drodze podczas mieszkania w Seattle, wszystko powoli zaczyna się układać. Żadnych tajemnych spisków, żadnych ciemnych mocy, a ona w końcu może być szczęśliwa z Sethem. Jednak komuś się to wybitnie nie podoba... a mianowicie pracodawcom Georginy. Tylko dlaczego? Dlaczego Piekło robi wszystko, żeby odciągnąć ją od szczęścia?

Zacznę od tego, że uwielbiam styl pani Richelle Mead. Serię o sukubie także uwielbiam, a to dlatego, że autorka miała niecodzienny pomysł, a poza tym tak przyjemnie się czyta książki z tej serii, że po prostu nie da się jej nie polubić. Nie chodzi mi tu tylko o samą fabułę, ale także o ciekawe i inne wykreowanie bohaterów. Kto by pomyślał, że słudzy Piekła mogą aż tak człowiekowi przypaść do gustu? Przyjacielski diablik, uroczy wampir, wampir z obsesją na punkcie świąt i wyglądu... a nawet taki Nefilim. Główną bohaterkę także można pokochać. W tym tomie wybitnie zaplusował sobie Roman, który robił wszystko, dosłownie wszystko, aby pomóc Georginie. No i Hugh - to się nazywa przyjaciel. Wzruszyłam się na scenie, w której zdecydował się pomóc Georginie. Muszę także wspomnieć o Carterze, który zawsze wydawał mi się dość tajemniczy i coś mi w nim nie grało, jednak zawsze go na swój sposób lubiłam. W ostatnim tomie cyklu wręcz go pokochałam.

W poprzednich tomach bardzo dużo się działo. Georgina musiała stawiać czoła wielu problemom czy intrygom. Większość z nich się zakończyła, pozostała tylko jedna sprawa do rozwiązania i to właśnie na niej skupia się ten tom. Wydaje mi się nawet, że jest to najważniejsza sprawa, która nurtowała nie jednego czytelnika. Wszystko toczy się w odpowiednim tempie w ten sposób, że wszystkie odkrycia i fakty układają się w logiczną całość. Tak na dobrą sprawę, jak ktoś uważnie czytał poprzednie tomy to na pewno wywnioskował jak się ten tom zakończy. Wystarczyło dodać 2 do 2 i oto jest! Mnie się to udało, jednak mimo tego, bardzo przyjemnie mi się czytało.

Nie powiem czy książka jest lepsza czy gorsza od pozostałych cześci cyklu, bo ona po prostu utrzymuje ten sam poziom. Nie ma tu wielkiego napięcia i akcji, jednak są wielkie emocje i uczucia. Zarówno strach jak i oddanie czy miłość. Dodatkowo pod koniec jest to niesamowity wyciskacz łez. Czytając ostatnie strony po prostu nie umiałam powstrzymać łez, sama nie wiem czy ze szczęścia czy ze wzruszenia. Cieszę się z tego, że autorka postanowiła napisać szczęśliwe zakończenie, które stanowiło idealny koniec dla historii Georginy Kincaid.

Z czystym sumieniem polecam tą pozycję każdemu kto czytał wcześniejsze tomy, a jeżeli ich nie czytał to powinien to zrobić :)
 

środa, 15 lutego 2012

"Kosogłos" - Suzanne Collins




Czy znaleźliście się kiedyś w sytuacji, w której tak naprawdę nie wiecie do końca, kto jest waszym wrogiem, a kto przyjacielem? Komu możecie ufać, a komu nie? Kto jest z wami, a kto przeciw Wam? Komu naprawdę na Was zależy, a kto jest przeciw Wam? Jeśli nie to jesteście szczęściarzami... czego nie można powiedzieć o Katniss Everdeen.

Katniss stała się symbolem powstania, rebelii. Stała się Kosogłosem. Jednak czy 17letnia dziewczyna jest w stanie znieść tak dużą odpowiedzialność? Może być ciężko. Ale wszyscy, którzy czytali "Igrzyska śmierci" oraz "W pierścieinu ognia" wiedzą, że Katniss jest silną osobowością i zrobi wszystko, żeby się zemścić na tych, którzy zrobili krzywdę jej lub jej bliskim. Dlatego właśnie Katniss jako Kosogłos staje do walki.

Nie wiem jakie słowa mogłyby opisać moje odczucia co do tej serii. Obłędna? Wspaniała? Cudowna? To za mało. Naprawdę za mało. Autorka miała niecodzienny i oryginalny pomysł i idealnie go zrealizowała. W książkach z tej serii jest wszystko, co powinna zawierać dobra książka. Jeśli chodzi o "Kosogłosa" - trzyma cały czas w napięciu, nie ma chwili wytchnienia. Napięcie stale rośnie, nie możemy przewidzieć co się stanie ani kto jakie podejmie decyzje. Dodatkowo widać całkowite poświęcenie i oddanie sprawie, jeśli chodzi o wyzwolenie Panem. Jest to bardzo dobrze widoczne, a wręcz odczuwalne. Pełno tutaj skrajnych emocji, mnie nie raz łza zakręciła się w oku, ciary przeszły całe moje ciało, czułam gule w gardle, skurcz w żołądku lub nie mogłam się poruszyć. To jest po prostu niesamowite, że ksiażka aż tak może wpłynąć na czytelnika. Rzadko się to zdarza, a ja to po prostu kocham - kocham zatracić się w świecie, który jest w książce. Nie ma nic piękniejszego. Nie wiem co jeszcze mogę napisać, bo po prostu brak mi słów. Jestem głęboko poruszona całą historią Katniss i cieszę się bardzo, że sięgnęłam po te książki. Cieszę się, że mogłam przeżyć tak niesamowitą przygodę pełną nadziei, rozczarowań, smutku, żalu...

Mam nadzieję, że ekranizacja, która niedługo pojawi się w kinach nie zepsuje całego uroku książki. Chciałabym żeby wywołał u mnie podobne emocje, co książka. Mam spore oczekiwania co do tego filmu i mam nadzieję, że się nie zawiodę.

wtorek, 14 lutego 2012

"W pół drogi do grobu" - Jeaniene Frost

Ah chwilę mnie nie było... w sumie trochę musiałam odreagować i wykorzystać ostatnie wolne dni. Teraz zaczęło się na nowo... tu kolokwium na każdych zajęciach, tu to, to tamto itd. Czyli żegnam się ze światem aż do czerwca xD Zaczynam rozumieć znaczenie słów "Zachowaj radość życia - nie idź na studia", chociaż w sumie nie jest tak źle. Naprawdę to lubię, mimo że jest ciężko. 
Ogólnie to dostałam tamagotchi i jeszcze mi mój smokodinozaur o imieniu Cat nie zdechł :D A odnośnie Cat... recenzja "W pół drogi do grobu" - obłęd :D




Ponoć cel uświęca środki... ale czy na pewno? Zapewne każdy w życiu ma jakiś cel - dom, rodzina, kariera, zemsta. Jednak czy naprawdę warto do niego dążyć bez żadnych skrupułów, nie słuchając tego, co inni mają do powiedzenia? Co jeśli nagle okaże się, że cały nasz światopogląd okazuje się nie do końca taki, jaki jest w naszym mniemaniu?

Catherine Crawfield jest półwampirzycą. Wydawałoby się, że powinna lubić swoją wampirzą naturę i swoich wampirzych pobratymców. Jednak jest zupełnie na odwrót. Cat nienawidzi wampirów i zabija ich. Najbardziej ze wszystkich pragnie zabić własnego ojca, który zrujnował życie jej matce. Cat jest od małego wychowywana w przekonaniu, że wampiry to najgorsze zło, jakie chodzi po ziemi. Jednak, gdy na jej drodze staje seksowny wampir Bones, pogląd Cat zmienia się z czasem diametralnie. Jednak jej życie wcale nie staje się przez to bardziej kolorowe...

Muszę przyznać, że gdy tylko zobaczyłam okładkę i przeczytałam opis tej książki to pomyślałam "Oho, coś dla mnie!". Nie pomyliłam się. W sumie początkowo trochę się obawiałam, czy się nie zawiodę, jednak po przeczytaniu pierwszych stron wiedziałam, że nie. Już po tych pierwszych stronach pokochałam historię Cat. Sama bohaterka jest naprawdę ciekawie wykreowaną postacią, można ją polubić, mimo że momentami bywa irytująca. Jednak są to naprawdę znikome momenty. Najbardziej w oczy i tak rzuca się jej odwaga, determinacja, dążenie do celu, pewność siebie i upartość. Myślę, że w przypadku tych cech można brać z niej przykład. Jeśli chodzi o Bones'a... Trudno go nie pokochać! Z jednej strony arogancki i ordynarny, ale z drugiej widać w nim oddanie, honor, czasem nawet wrażliwość.

Akcji jest mnóstwo! Toczy się szybko, ale książka szybko się nie kończy. I o to właśnie chodzi... że mimo tego, że wszystko toczy się w szybkim tempie, to jest tego sporo i mamy co czytać. Poza tym rozbudza się nasza ciekawość i ciągle zadajemy sobie pytanie "Co dalej?" i czytamy, czytamy... I cięzko się oderwać. Podobało mi się, że autorka nie zrobiła z tego zbytniego erotyku, a wręcz pornografii.. czasem naprawdę w książkach tego typu brak wyczucia i wszystko schodzi na jeden tor, a nie zawsze jest to dobre i przypada czytelnikowi do gustu. Tutaj było to na szczęście zrównoważone, a z drugiej strony całkiem przystępnie opisane. W książce możemy także znaleźć sceny humorystyczne, przez które uśmiech sam pojawia się na naszej twarzy. Są to zarówno sytuacje jak i wypowiedzi poszczególnych bohaterów.

Język jest prostu i przyjemny, czasem może zbyt ordynarny, za dużo przekleństw i temu podobnych, ale muszę powiedzieć, że nie było to jakoś wybitnie drażniące czy rażące w oczy. Jakoś tak nawet pasowało do tej histori. Przez to może właśnie była widoczna ta moc Cat i Bonesa.

Czy polecam? Jak najbardziej! Nie jest to jakiś kolejny typowy romans paranormalny, tylko naprawdę dobra książka, którą warto przeczytać, a co więcej - uważam, że warto wydać na nią pieniądze i mieć ją na półkę. Także, ze względu na okładkę, jeśli ktoś lubi mroczne klimaty. Zdecydowanie nie da się zatrzymać na pierwszej części przygód Cat, tak więc jak najszybciej muszę się postarać o kolejne!





piątek, 10 lutego 2012

"Under the Never Sky" - Veronica Rossi



Ostatnio na rynku pojawia się coraz więcej książek opisujących świat postapokaliptyczny albo utopijny. Myślę, że książka Veronici Rossi „Under the Never Sky” też się do nich zalicza. Nie mam jeszcze za dużego obycia wśród książek o tej tematyce, jednak muszę przyznać, że ta książka mi się baaaardzo, ale to bardzo spodobała. Sama okładka już mnie przyciągnęła, a opis jeszcze bardziej. Tak więc wzięłam się za jej czytanie po angielsku. To była bardzo dobra decyzja.

Aria całe swoje życie spędziła pod kopułami Reverie. Całe życie wmawiano jej, że poza Reverie świat jest zupełnie inny. Świat, w którym żaden z mieszkańców Reverie nie ma prawa przeżyć. Kanibale, wyładowania elektryczne, dzikie zwierzęta. Za to w Reverie jest zupełnie inaczej – nie ma ryzyka, nie ma strachu, nie ma bólu. Za pomocą „Smarteyes” ona i jej przyjaciele spędzają czas w Realms. Tam mogą wszystko i nie muszą myśleć o tym, że coś im grozi. Bo tak naprawdę to nie jest prawdziwe. Ale nie znają innego życia. Jednak gdy pewnego dnia zabawa Arii i jej przyjaciół wymyka się spod kontroli, Aria ponosi konsekwencje. Mimo że nie zrobiła nic złego. Tak naprawdę chciała się tylko dowiedzieć, co się dzieje z jej matką, od której nie miała od jakiegoś czasu wiadomości. Jednak zostaje ona wygnana do świata poza Reverie, który jest nazywany The Death Shop. Jest pewna, że jedyne co ją tam czeka to śmierć.
Perry żyje w innym świecie. Tym poza Reverie. Zarówno on jak i jego plemię mają nieprzychylne zdanie odnośnie mieszkańców Reverie. Jednak Perry zawsze czuł się wyobcowany, gorszy, jakby wszyscy go o coś obwiniali. Tak więc, gdy jego bratanek zostaje porwany, Perry chce zrobić wszystko, aby go uratować.
Drogi Perry’ego i Arii krzyżują się, jednak ich wspólna droga nie będzie wcale łatwa ani przyjemna.

Duże uznanie dla autorki za to, że wykreowała zupełnie dwa odmienne światy, a dodatkowo udało jej się to znakomicie przedstawić. Idealnie widać każdą różnicę, zarówno w funkcjonowaniu tych światów, ale także w zachowaniu ich mieszkańców. Są to dwa różne światy, które nigdy nie powinny się zderzyć, ponieważ nie ma możliwości, aby mieszkańcy jednego przystosowali się do mieszkańców drugiego świata. Zbyt wiele ich różni, zbyt wiele ich dzieli. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Bo gdy bliżej poznajemy Arię i Perry’ego, to widzimy, jak wiele jednak mają wspólnego. Oboje wyobcowani i w pewnym sensie wygnani, oboje uparci, oboje dumni. Z drugiej strony każde z nich jest silną osobowością i nie grzeszy odwagą. Naprawdę można tą dwójkę polubić. Podobnie jak Roar’a, który zawsze starał się podnieść na duchu albo Arię, albo Perry’ego. A czasem udawało mu się to nawet ze mną. Nie jedna scena z nim wywołała uśmiech na mojej twarzy.

Autorka równie dobrze przekazała emocje bohaterów i ich relacje. Doskonale widoczny jest dystans między dwójką głównych bohaterów, a także to, jak powoli i stopniowo nabierają do siebie zaufania. Czuć napięcie jakie powstaje między nimi. Narracja jest tzecioosobowa, jednak rozdziały są podzielone na punkt widzenia Arii i Perry’ego, co pozwala nam lepiej poznać każde z nich, a także pozwala nam znaleźć się w ich położeniu i poczuć to, co oni. Ja w niejednym momencie byłam poruszona tak, że nawet jakaś łza zakręciła się w oku. Dodatkowo Perry ma cechy wręcz idealnego faceta! Normalnie aż pozazdrościłam Arii, że ma takiego faceta obok.

Czy jest jakaś akcja w tej książce? Jak najbardziej. Nie toczy się wyjątkowo szybko, ale to całe szczęście w tym przypadku, bo to tylko by zniszczyło urok tej książki. Wszystko dzieje się w swoim czasie i budzi odpowiednie napięcie i emocje. Są także elementy zaskoczenia i wzruszenia. Są momenty śmieszne, a także sentymentalne i symboliczne. Myślę, że „Under the Never Sky” zawiera wszystko to, co powinna zawierać dobra książka. Zakończenie na pewno sprawi, że każdy będzie chciał sięgnąć po drugą część, ja na pewno to zrobię, a wręcz będę czekać z niecierpliwością. Trzeba przyznać, że autorka miała świetny pomysł na fabułę.

W świecie stworzonym przez autorkę można się zatracić. Czytając, czułam się tak, jakbym sama miała swojego „Smarteye’a” i przeniosła się tam. To było piękne doznanie. Jeśli więc chcecie przeżyć niesamowitą historię, pełną napięcia, emocji i wzruszających momentów, to zdecydowanie powinniście sięgnąć po tą powieść!


środa, 8 lutego 2012

"Cisza" Becca Fitzpatrick

Ah, kolejny mroźny dzień. Szczerze to mam serdecznie dość tych mrozów. Nie mówię, że ma być od razu +30 stopni, ale kurde.. -15 też nie jest za fajne... Jak tak patrzę na mój plan na semestr letni to zaczynam wątpić w to, że studiuję biotechnologię. Prędzej jakąś fizykochemię. Ale trzeba przeżyć. Ogólnie dobry dzień, zrobiłyśmy z Blondi mega obiad :D Zaczęłam czytać "Under the Never Sky" i zapowiada się naprawdę ciekawie. Ponieważ jest to e-book i po ang to zejdzie mi trochę dłużej niż normalne książki, jednak nie znam wszystkich słówek po angielsku, a czytanie na komputerze strasznie męczy. Ale na pewno podzielę się opinią, a póki co recenzja "Ciszy" ; )

Wyobrażacie sobie jaki ciężki musi być powrót do życia, gdy ma się amnezję? Nagle któregoś dnia budzicie się w nieznanym wam miejscu i nic nie pamiętacie. Co, jak, gdzie i kiedy. Nie macie pojęcia ile czasu minęło, ani co się z Wami działo. Trochę nieciekawa perspektywa...

"Cisza" jest trzecią częścią cyklu stworzonego przez Beccę Fitzpatrick. Seria ta zdobyła sławę niemal na całym świecie, a historia Patcha i Nory jest znana sporej ilości nastolatków, a może i nie tylko. Ponieważ przeczytałam dwie pierwsze części, które mi bardzo przypadły do gsutu, tej nie mogłam sobie odpuścić. Mimo tego, że naczytałam się kilku niepochlebnych recenzji, zdecydowałam się ją kupić. W pierwszej chwili chciałam sobie odpuścić czytanie, skoro miała być taka słaba. Jednak na szczęście tego nie zrobiłam.

Nora budzi się na cmentarzu. Znanym cmentarzu, ponieważ bywała tam często, na grobie ojca. Jednak nie wie jaki jest dzień ani co się przydarzyło. Nic nie pamięta. A dokładniej to nie pamięta 5 ostatnich miesięcy jej życia. Dlaczego? Nie ma pojęcia. Mimo wszystko ma pewne prześwity świadomości, a z czasem jej pamięć sięga coraz głębiej. Mimo że powinna wszystko odkreślić grubą krechą i zacząć żyć na nowo, nie może. Widocznie nie jest jej to pisane...

W sumie byłam przygotowana na jakąś tragedię. Myślałam, że będzie to strasznie nudne i będzie się opierało głównie na tym, że Nora przypomina sobie wszystko to, co działo się w dwóch pierwszych częściach. Na szczęście autorka nam tego nie zrobiła. Dzieje się dużo, jak to zwykle w tej serii bywa. Jest napięcie, jest akcja, jest uczucie, są emocje. Jest wszystko to, co było w "Szeptem" i w "Crescendo". Trzecia część spokojnie dorównuje i utrzymuje poziom pozostałych dwóch. Miejsce ma wiele nieoczekiwanych sytuacji, wiele zwrotów akcji, ale do tego można się przyzwyczaić, jeśli chodzi o tą serię. A Patch jest jeszcze bardziej pociągający o ile to możliwe.

Muszę przyznać, że jest to naprawdę niesamowita opowieść o miłości, i mimo że jest to teoretycznie główny wątek, to jest wiele pobocznych, które sprawiają, że czytelnik się nie nudzi. Jest pełna poświęcenia i uczucia, ale z drugiej strony pełna napięcia, a czasem nawet okrucieństwa czy zbrodni. To wszystko sprawia, że naprawdę czuć lekki dreszczyk. Książka wciąga, ciężko się oderwać i uważam, że nie jest to książka na jeden wieczór, bo nią powinno się delektować, że tak powiem. Jednak ciężko jej nie pochłonąć od razu.

Polecam jak najbardziej, zwłaszcza fanom serii, myślę, że się nie zawiodą. Ah, zapomniałam o zakończeniu, które daje nadzieję na to, że 4 część będzie naprawdę emocjonująca! Tak więc jak ktoś nie zna historii Patcha i Nory to niech nie zwleka dłużej z zapoznaniem się z nią.

wtorek, 7 lutego 2012

"Błękitna magia" - S.C. Ransom



„Tak się dziewczyna z kochankiem pieści,
Bieży za nim, krzyczy, pada;
Na ten upadek, na głos boleści
Skupia się ludzi gromada.
"Mówcie pacierze! - krzyczy prostota -
Tu jego dusza być musi.
Jasio być musi przy swej Karusi,
On ją kochał za żywota!" ‘’ – A. Mickiewicz „Romantyczność”

Czy zastanawialiście się kiedyś jak jedna mała rzecz może wpłynąć na wasze życie? Czy jesteście w stanie uwierzyć, że jakaś głupia bransoletka może zmienić życie o 180 stopni?  Jeśli w to nie wierzycie, to nie sięgajcie po tą książkę. Jednak jeśli jesteście pełni wiary i romantyzmu to jest coś dla Was.

Alexa po wydarzeniach z ostatniego miesiąca w miarę doszła do siebie. Catherine zniknęła, Callum jest przy niej, wszystko jest dobrze. Jednak gdy pewnego poranka w jej pokoju zostaje wybite okno, a ona dostaje tajemniczą wiadomość, wszystko na nowo się komplikuje. I to jeszcze bardziej niż przedtem. Ktoś wybitnie nienawidzi Alexy i chce się zemścić. Robi wszystko aby skłócić ją z przyjaciółmi, żeby zamienić jej życie w piekło. A w końcu znika coś, co jest dla Alexy najważniejsze – bransoletka, która zapewnia jej łączność z ukochanym. Czy Alexa jest na tyle silna, żeby walczyć o ich miłość?

Druga część trylogii utrzymuje spokojnie poziom pierwszej. Ponownie mamy pierwszoosobową narrację z punktu widzenia Alexy. Alexy, która czasem może być lekko irytująca, ale u mnie zaplusowała. Zaplusowała sobie u mnie tym, że się nie chciała poddać. Było ciężko, a mimo tego, że nie jest zbyt silną i pewną siebie bohaterką to walczyła. Wzięła się w garść i walczyła. Jak każdy – miała wzloty i upadki – ale walczyła do samego końca. Wytrwałość jest jej naprawdę dobrą cechą. Callum już w pierwszej części podbił moje serce, bo jest po prostu przekochany. Nie jest jakiś przesłodzony, bo potrafi być czasem i tajemniczy i stanowczy. Czyli idealne połączenie. Za to kocham Grace! Za taką przyjaciółkę to każdy powinien życie oddać. Poznajemy lepiej bohaterkę o imieniu Olivia, która podobnie jak Callum jest żałobniczką. Olivia jest trochę cichą i zamkniętą w sobie dziewczynką, jednak jest przy tym wszystkim tak miła i sympatyczna, że ciężko jej nie polubić.




Cieszę się, że fabuła nie opierała się tylko na ckliwej miłości Calluma i Alexy. Dobrze, że autorka pokazała walkę o uczucie, które jest naprawdę głębokim uczuciem, co można wnioskować po zachowaniu bohaterów. Dodatkowo autorka świetnie wplotła motyw przyjaźni w to wszystko. Pięknej bezwarunkowej przyjaźni. I braterskiej opieki – muszę przyznać, że brat Alexy był naprawdę niesamowity w tej części. Właśnie tacy powinni być starsi bracia. Książka jest pełna intryg i tajemnic, z których nie wszystkie zostają wyjaśnione. Powiem szczerze, że nie spodziewałam się takiego spisku jaki miał miejsce, ani takiego zakończenia, jakie miało miejsce w epilogu. Jednak odnośnie tego epilogu… z jednej strony budzi nadzieję, a z drugiej ją odbiera. Myślę, że jak ktoś przeczyta, to zrozumie, co mam na myśli.

Ogólnie muszę przyznać, że książka nie należy do tych, gdzie to pełno szybko toczącej się akcji, rozlewu krwi czy czegoś w tym rodzaju. Akcja rozwija się w umiarkowanym tempie, przyspiesza pod koniec, a ciekawość czytelnika zaczyna go powoli zżerać.  Przynajmniej na pewno u mnie miało to miejsce. Język jest taki sam, jak w pierwszej części – prosty, przyjemny, przyziemny. Nic skomplikowanego, opisy są nieco rozbudowane, ale nie męczą.
Nadal podoba mi się niecodzienny pomysł żałobników. Dobrze, że nie są to zwykłe, nudne duchy, tylko coś innego. W sumie z chęcią bym się dowiedziała o nich czegoś więcej.

Osobiście kocham tą serię przez to, że mam do niej jakiś sentyment. Po prostu jakoś się zżyłam z tą historią i stała mi się bliska. Toteż ja złego słowa na tą książkę nie powiem, mimo że były momenty, których bym się pozbyła. Polecam tym, którzy po przeczytaniu pierwszej części są ciekawi co stało się dalej z Alexą i Callumem, oraz tym, którzy chcą przeżyć wraz z bohaterami prawdziwą, romantyczną miłość. Bo czyż nie możemy porównać tego do romantyzmu? Ja uważam, że możemy. Z jednej strony miłość, z drugiej cierpienie. I tak sobie myślę, że wiersz Adama Mickiewicza „Romantyczność” świetnie pasuje do tej trylogii.



A osoby, które jeszcze nie zapoznały się z historią Alexy i Calluma, szczerze do tego zachęcam ;)




poniedziałek, 6 lutego 2012

"Pomiędzy" Tara Hudson




Co może robić osoba, która umarła i jest zawieszona między dwoma światami? W sumie to nic. Pozostaje jej tylko wieczne błąkanie się. Trochę nieciekawa perspektywa  - wieczna samotność, wieczne błądzenie… zdecydowanie nieciekawie. W końcu człowiek nie został stworzony do samotności, prawda?

Amelia nie żyje. I tylko tyle wie. Zna jeszcze swoje imię, ale nic poza tym. Nie pamięta jak umarła, dlaczego, gdzie żyła, nie pamięta rodziny, przyjaciół… kompletnie nic. Jest duchem, niewidzialnym dla całego świata. Zostawiona sama sobie, jest zagubiona, pogrążona w smutku i bólu. Aż do dnia, gdy ratuje tonącego chłopaka. No bo jak mogłaby go zostawić, żeby umarł? Nie chciała, żeby skończył tak jak ona. Jakież jest jej zdziwienie, gdy okazuje się, że chłopak – Joshua – ją widzi. Powiem więcej, nie tylko widzi, ale także słyszy i może dotknąć. Ta dwójka bardzo się do siebie zbliża i oczywiście rodzi się między nimi uczucie. Oczywiście zakazane uczucie.

Do tej książki przyciągnęła mnie okładka, ponieważ jest naprawdę przepiękna. Jednak sprawdza się tutaj powiedzenie „Nie oceniaj książki po wyglądzie”. W sumie nastawiałam się na to, że ta książka będzie przynajmniej dobra. No i się lekko zawiodłam. Nie wiem czy dlatego, że jest słaba, czy dlatego, że miałam inne oczekiwania. Bohaterowie są po prostu nijacy. Jakby wszyscy byli niewidzialnymi duchami, a nie tylko Amelia. Ten brak wyraźniejszych cech sprawia, że stają się oni niemal irytujący, a zwłaszcza Amelia. Jej ciągłe „Och” niesamowicie działało mi na nerwy. Jak i jej całe podejście. Rozumiem, że jak się spotyka po raz pierwszy od długiego czasu osobę, która Cię widzi i z którą można porozmawiać to można stracić głowę… ale bez przesady. Odczuwam wrażenie, że ‘miłość’ Amelii i Joshuy była z jednej strony nijaka, a z drugiej przesłodzona. W niektórych momentach mnie prawie mdliło. W sumie miałam nadzieję, że Eli uratuje tą książkę i będzie jakimś tam jej plusem, jednak w drugiej połowie książki też mnie zaczął denerwować.

Część opisów była nużąca, niekiedy akcja się strasznie ciągnęła. Takie pisanie czegoś na siłę, jednak nie zapominajmy, że liczy się jakość a nie ilość. Pani Hudson chyba o tym zapomniała. Nie powiem, miała pomysł, miała zarys bohaterów… jednak nie zostało to dopracowane tak jak powinno. Sam pomysł całkiem, całkiem.. bo tutaj to dziewczyna jest paranormalna, a nie chłopak. Jednak mam wrażenie, że tutaj wszystko skupiło się tylko na tym, jacy to oni są biedni, bo wszyscy są przeciwko nim, a oni na dodatek nie mogą być do końca razem. Ja bym tu wplotła więcej akcji i napięcia. Dużo więcej, bo nie ma ani krzty z tych rzeczy. Zdecydowanie brakowało mi jakichkolwiek emocji. Po prostu nic nie czułam czytając tą książkę, a bardzo tego nie lubię.

Moim skromnym zdaniem ta książka jest po prostu zwykłą, prostą, przeciętną książką, która rzuca się w oczy tylko ze względu na okładkę. Z jednej strony jest płytka, a z drugiej odczuwam wrażenie, że to wszystko jest takie naciągane. Jednak nie jest to problem fabuły czy samego pomysłu, tylko niedopracowania. Jak ktoś zaczyna swoją historię z czytaniem, albo z romansami paranormalnymi to może mu przypaść do gustu. Ja jednak mam za sobą już wiele takich książek, więc mam większe oczekiwania.

Second.

Yeah, w miarę ogarnęłam. Talent jak nic. I jakież to dziwne uczucie budzić się rano ze świadomością, że mam przed sobą cały dzień wolnego i mogę nic nie robić. O tak, kocham to, tego mi brakowało. O ile ciągłe czytanie można nazwać nic nie robieniem. Jednak mam zamiar zrobić coś twórczego, jeszcze nie wiem co, ale coś na pewno. A ogólnie to mój kot od jakiegoś czasu wybitnie mnie kocha i to jest dziwne oO Dzika bestia jaka w niej drzemie zniknęła oO Przynajmniej w stosunku do mnie i tylko do mnie. Chyba zrozumiała, że w naszym stadzie może być co najwyżej samicą beta :D A odnośnie stada i samic alfa i beta.. "recenzja" kolejnej książeczki.


Calla jest wilkołakiem. I to nie byle jakim – jest samicą alfa. A od samic alfa wymaga się najwięcej. W święto Samhain, będące równocześnie osiemnastymi urodzinami Calli, ma dojść do powstania nowego klanu. Oznacza to, że Calla musi się związać z samcem alfa drugiego klanu – władczy, seksowny, przystojny – czego chcieć więcej? Przecież to wszystko wygląda tak pięknie, władza, przystojny facet na własność, pierwszeństwo we wszystkim. Jednak wszystko ma swoje złe strony. Tutaj samce czy samice alfa nie mają największej władzy. Największa władza należy do Opiekunów, którzy ustalają prawa i bez mała decydują o życiu wilków. A każdy sprzeciw jest surowo karany, nawet śmiercią.

Mamy tutaj pierwszoosobową narrację, z punktu widzenia głównej bohaterki – Calli. Jest to dziewczyna pewna siebie, odważna i znająca swoje przeznaczenie. Wie, jakie obowiązki do niej należą i wykonuje je. Nie śmie się sprzeciwiać. Jednak pewnego dnia ratuje chłopaka przed atakiem niedźwiedzia. W sumie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że dała mu do wypicia swoją krew, a na dodatek widział jak zmienia się z wilka w dziewczynę. Dobra, to też można by jakoś przeżyć, gdyby nie to, że następnego dnia ten chłopak zjawia się w szkole Calli. Ich znajomość się pogłębia, a Calla pod jego wpływem łamie coraz więcej zasad, narażając nie tylko siebie, ale także jego i swój klan. Oczywiście nowy chłopak – Shay – najbardziej nie przypada do gustu Renowi, czyli przyszłemu partnerowi Calli, samcowi alfa. Ren jest stanowczy i bardzo nie lubi, gdy ktoś wkracza na jego terytorium – jak na samca alfa przystało. Muszę powiedzieć, że mimo młodego wieku bohaterów, hierarchia między nimi jest naprawdę bardzo widoczna. Mamy jasną sytuację tego, jak wygląda klan, kto komu podlega. Widoczne są zachowania przywódców zarówno względem reszty klanu, jak i Opiekunów, którym podlegają. A są to zachowania zupełnie różne, a autorce udało się je świetnie przedstawić. I to nie tylko ich zachowania, ale zachowania wszystkich członków poszczególnych klanów. Za to duży plus.

Książki nie da się odłożyć, próbowałam się na chwilę oderwać, ale nie udało mi się. Jak zaczęłam tak czytałam dopóki nie skończyłam. A to dlatego, że każda strona budzi w nas fascynacje i ciekawość. Akcja toczy się w miarę szybko, ale dokładnie. Z rodziału na rozdział wzrasta napięcie, a nawet poczucie grozy czy strachu, zwłaszcza o główną bohaterkę, której myślę, że nie da się nie lubić. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć do końca, jak wszystko się potoczy dalej. Są elementy, których można się oczywiście domyślić, ale są to tak drobne elementy, że nie wpływają na to, że przewidzimy zakończenie. Dodatkowo są tu pełne zaskoczenia zwroty akcji, zwłaszcza jeden zapadł mi w pamięć. Mianowicie sytuacja w jaskini, ale czego dotyczy… przeczytajcie sami J.

„To nie kolejna zwyczajna książka o wilkołakach. I nie kolejna opowieść o miłości nastolatków.” – Z tym się muszę zgodzić. Nie oznacza to, że nie ma tu miłości, jest i to jaka. Miłość, oddanie, pożądanie. O tak, książka jest naprawdę seksowna, mimo że brak w niej scen seksu. I wiecie co? To jest właśnie jedna z jej największych zalet. Że czujemy to pożądanie bohaterów, widzimy tą sytuację, a jednak nie jest to jakiś prymitywny harlequin. Tutaj autorce naprawdę się udało. Także dobrze wyraźny jest wątek poszukiwania prawdy, odkrywania samego siebie, ale także nieufności. Bo tak na dobrą sprawę pod koniec książki nie możemy wiedzieć, kto naprawdę chce dobrze, a kto źle.

Ogólnie zdziwiła mnie rola Opiekunów. Nigdy nie spotkałam się z motywem tego, że ktoś jest nad wilkołakami. Zawsze wilkołaki były samowystarczalne, nikt nie miał prawa się im sprzeciwić, a tutaj jest na odwrót. To one się nie mogą sprzeciwić, bo grozi im za to kara, a dodatkowo oni się nie chcą sprzeciwić i czują respekt przed swoimi Opiekunami. Jednak mimo tego, to czuć ten strach i respekt, który czują ludzie przed samymi wilkami. O tak, wilki rozsiewają aurę władzy.

Zakończenie.. w sumie spodziewałam się trochę innego, ale to dobrze, że okazało się inne. Miłe zaskoczenie, że nie udało mi się przewidzieć końca, jak to zazwyczaj bywa. Oh i na pewno zachęca do sięgnięcia po drugą część. Chociaż to nawet nie tylko zakończenie, ogólnie cała historia sprawia, że chcemy się dowiedzieć, co dalej czeka Callę, Rena, Shay’a i całą resztę. Styl pisania autorki także zachęca, bo jest bardzo przyjemny i prosty.

Komu mogę polecić? A myślę, że książka jest dobra dla wszystkich, ale szczególnie dla tych, którzy lubią książki, w których nie dominuje tylko ckliwa miłość, ale także walka. I nie chodzi mi tutaj o walkę jako bicie się na śmierć i życie, bardziej mam na myśli walkę z samym sobą, a także z panującymi regułami, które są z góry ustalone. Osobiście uważam, że książka jest rewelacyjna!


Oh, a tutaj trailer, który podczas tłumaczenia, zachęcił mnie do zakupu i przeczytania:
 





niedziela, 5 lutego 2012

Początek

Dobra, po ciężkich zmaganiach dałam radę! Jestem z siebie dumna jak cholera, ale wszystko jeszcze in progress. Damy radę. Dziękuję Sihh ; * Ogólnie poza tym iż w końcu nastał błogi tydzień lenistwa, to zaliczyłam egzamin z PSE na 4 :D Życie jest po prostu przepiękne! Dobra.. tak w sumie to tutaj będzie wszystko i nic, a i tak mam wrażenie, że blogspot mnie nie lubi...
No ale zarzucę "recenzją" książki Claudii Gray "Wieczna noc"




Jak myślicie, co jest najlepszym sposobem na wyleczenie się z nieśmiałości i niepewności siebie? Robienie wszystkiego, aby upewnić się w tym, że jednak jesteśmy warci więcej niż nam się wydaje czy odkreślenie przeszłości jedną wielką krechą i rozpoczęcie wszystkiego od nowa? Niestety, nasze zdanie nie zawsze ma jakiekolwiek znaczenie. Często inni wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre, a co nie i chcą na siłę nas do tego przekonać. A to nie zawsze kończy się dobrze.

Bianka wraz z rodzicami przenosi się do Akademii Wiecznej Nocy, ona jako nowa uczennica, oni jako nauczyciele. Jednak nie jest z tego powodu zachwycona, obawia się nowej szkoły, nowych znajomych… jest zagubiona i zamknięta w sobie. Toteż, gdy na jej drodze staje Lucas – chłopak, który również jest „nowy” – nic dziwnego, że Bianka widzi w nim potencjalnego kompana. Jednak dlaczego Lucas po ich pierwszym spotkaniu zachowuje się tak, jakby jej nie znał? Czemu chce ją trzymać na dystans? Bianka nie ma najmniejszego pojęcia. Jednak na szkolnym balu część prawdy wychodzi na jaw, i jakże ta prawda jest zaskakująca!

Powiem szczerze, że opis książki może być naprawdę mylący. Stop! Nie może, on jest mylący! Ale jakie potem miłe zaskoczenie witamy na naszej twarzy podczas czytania książki. I właśnie na to w pierwszej kolejności muszę zwrócić uwagę – nieprzewidywalność i zaskakujące zwroty akcji – to jest to, co cechuje tą książkę. Autorka świetnie wykreowała bohaterów, opisy w ten sposób, że naprawdę nie mamy pewności kto jest kim. W sumie można się domyślać, no ale mnie nie do końca się udało. Przyjemny język i narracja – ani jedno ani drugie nie męczy czytelnika ani nie rozwleka się tak jak to czasem bywa. Opisy wystarczające, wypowiedzi również – tak myślę, że idealnie wyważone, ani niczego nie brakuje, ani nie ma żadnego nadmiaru. Bohaterowie dość wyraźni, w sumie każdego można sobie całkiem nieźle wyobrazić, bo te najważniejsze cechy charakteru zostały pokazane. Chyba nie mam żadnego ulubionego, bo każdy miał jakieś cechy, które mi przypadły do gustu. Vic – rozśmieszał mnie, Balthazar – kochany i opiekuńczy, Lucas – buntownik, Raquel – przyjazna i sympatyczna. Główna bohaterka do mnie przemówiła bardziej w drugiej części. Żałuję tylko, że Akademia nie została przedstawiona odrobinkę lepiej, w sensie dokładniej.
Książka wciąga i to bardzo, ja nie mogłam jej odłożyć i po prostu ją połknęłam, nawet nie wiem, kiedy mi czas minął. W każdym bądź razie był to bardzo miło spędzony czas.
Brak szczęśliwego zakończenia nie jest tutaj minusem, myślę, że gdyby to zakończenie było sielankowe, to zepsułoby urok tej książki, a tak sprawia, że ma się ochotę od razu sięgnąć po kolejną część.

Książkę mogę z czystym sumieniem polecić, zwłaszcza osobom, które lubią zaskakujące zwroty akcji, ale nie tylko. Myślę, że książka jest dobra dla każdego, kto chce się oderwać od szarości dnia codziennego – nie ma nic lepszego niż przyjemna książeczka wieczorem.


No a teraz nie pozostaje mi nic innego jak dalej to ogarnąć i przy okazji męczyć Sihh ^^